sobota, 13 grudnia 2014

Halucynacje i strach przed śmiercią

 


 Tak jak pierwszy dziadek nie bał się śmierci, tak drugi odczuwał przed nią lęk. Z powodu swoich chorób miał on halucynacje , które dodatkowo potęgowały strach przed śmiercią. Te ostatnie prawie 3 tygodnie zanim Bóg wezwał go do siebie, z pewnością nie były dla niego łatwe.

Pamiętam jak pewnego dnia, gdy siedzieliśmy razem przy stole po obiedzie, tak jakby w pewnym momencie wybuchł i zaczął mówić do mnie …

Gdzie jest Jezus?
Dlaczego Go nie ma gdy Go potrzebuję?
Dlaczego mnie zostawił i jestem sam ? Przecież ja zawsze pomagałem innym.
Dlaczego jestem sam ? 

Te i tym podobne pytania zadawał mi na okrągło. Starałem się mu to jakoś wytłumaczyć i mówiłem mu;

   Nie jest Pan sam. Widzi Pan przecież, że jestem cały czas przy Panu i będę z Panem do końca. I tak samo Jezus też Pana nigdy nie zostawił i nie zostawi, tylko czasem nam się tak wydaje, że Go nie ma przy nas. Zawsze Pan wiele pomagał ludziom i wszelakim organizacjom charytatywnym, a to u Boga się bardzo liczy. Dzięki swoim wsparciu finansowym, tak wielu projektów, pomógł Pan na pewno nie jednej osobie. U Boga to na pewno gdzieś jest zapisane.. 

W taki sposób starałem się go uspokoić, jednak moje słowa niewiele mu pomagały, tak jakby już wtedy nie docierały do niego. Zadzwoniłem więc do jego siostrzeńca (Dziadek nie miał dzieci, więc on prawnie się nim opiekował) i dopiero on potrafił w rozmowie go trochę uspokoić .

Później było kilka dni spokoju, kiedy dziadek nie mówił już więcej nic o Bogu. Po tym czasie nastał dzień, który zaczął się jak każdy inny. Wstałem rano, przygotowałem śniadanie, ubrałem i sprowadziłem dziadka na dół, nakarmiłem, później przyjechał pracownik Pflege dienst , podał mu leki i do obiadu dziadek był spokojny. Dopiero wieczorem po wspólnej kawie, gdy go położyłem i jakiś czas już leżał zaczął w pewnym momencie krzyczeć. Pamiętam, że zaczął tak głośno krzyczeć, że prawie nie dało się tego wytrzymać. Jednak nie był to krzyk bólu, ale bardziej coś jakby chciał kogoś odstraszyć . Nie potrafił się uspokoić, a ja tak naprawdę nie wiedziałem co mam zrobić, bo gdy zapytałem go ;

Dlaczego Pan tak krzyczy ? 
Co się takiego stało ? 
Czy coś pana boli ?

W odpowiedzi usłyszałem słowa ciągle jeszcze przeplatane krzykiem;

Szatan tu jest…. 

Gdy to usłyszałem to doszedłem do wniosku, że jedyne co mogę w takiej sytuacji zrobić to pomóc mu zasnąć i go uspokoić za pomocą leków. Miałem już wtedy od lekarza takie tabletki, które go uspokajały i pozwalały zasnąć. Nie zastanawiając się długo wziąłem połowę tej tabletki i włożyłem mu w usta. Nie musiał nawet jej połykać, bo ona była tak jakby opłatek , który bardzo szybko rozpływał się w ustach. Po nie długim czasie zaczęła działać a dziadek przestał krzyczeć i zasnął.

Przez te kilka dni dziadek już bardzo mało jadł i nie chciał pić . Pamiętam, że musiałem pisać na kartach dokładną ilość płynów jakie wypił każdego dnia. Jeśli nie wypił w danym dniu odpowiedniej ilości, to wtedy wieczorem przyjeżdżała siostra i podłączała mu kroplówkę.

Kolejnego dnia był już tak słaby, że nie był w stanie ustać na nogach, dlatego postanowiłem go zostawić w łóżku. Po rozmowie z rodziną i Pflege dienst zdecydowaliśmy się wezwać pielęgniarkę, która współpracowała z zespołem lekarzy opieki paliatywnej. Gdy przyjechała i zobaczyły w jakim stanie jest dziadek poprosiła mnie o telefon i zaczęła dzwonić. Po skończonej rozmowie powiedziała mi, że niedługo przyjedzie ktoś z tego zespołu opieki paliatywnej do dziadka. Usiadłem więc koło niego na łóżku i czekałem. Po nie długim czasie przyjechała Pani doktor. Pamiętam, że gdy go zobaczyła, zapoznała się z historią jego choroby i nie czekając długo zaczęła działać. Nakleiła mu taki plaster, który cały czas uwalniał do jego organizmu niewielką ilość morfiny, a kolejną dawkę wstrzyknęła mu na miejscu domięśniowo. Jak dziadek to dostał, to w momencie zasnął. Pamiętam, że wtedy dziadek spał już spokojnie do następnego dnia.

Tego też dnia po południu przyjechało dwóch lekarzy. Zobaczyli w jakim stanie jest dziadek, porozmawiali ze mną i poinstruowali mnie co mam robić ,gdy będzie krzyczał, czy będzie niespokojny. Przygotowali mi 5 dawek morfiny w strzykawkach i kilka dawek takiego leku, który „zabierał mu strach” i uspokajał go. Dodatkowo (tak jak wcześniej mogłem mu dać dziennie do 1,5 tej tabletki takiej jak opłatek)  teraz mogłem dać mu jeszcze max do 5 takich tabletek dziennie.

I tak wyglądała moja praca przez te ostatnie ponad 2 tygodnie ,gdy dziadzio umierał. Gdy cierpiał to wstrzykiwałem mu morfinę, wieczorami przyjeżdżała pielęgniarka i podłączała mu kroplówkę, a ja czekałem aby mu ją odłączyć. Cały czas przez te dni kiedy dziadek już tylko leżał w łóżku, co 3 godziny go przewracałem na drugi bok. Musiałem to robić w dzień i w nocy, co też było dla mnie nowe, bo nie miałem takiego przypadku nigdy wcześniej. Jednak było to konieczne, aby nie porobiły mu się odleżyny. Któregoś dnia siostra gdy była u nas powiedziała mi;

    Nie musisz Grzegorz tak często go przewracać. Dlaczego tak się męczysz? Przynajmniej w nocy możesz zrobić dłuższe odstępy czasu , bo jak mają mu się zrobić odleżyny to i tak mu się zrobią i nic na to nie poradzisz.

Powiedziałem jej wtedy;

   Ma siostra racje, że nie jest to dla mnie łatwe co 3 godziny wstawać w dzień i w nocy, aby dziadka przewrócić na inny bok. Jednak pomimo tego, że jest mi trudno to będę to nadal robił. Jeśli tylko w ten sposób będę mógł zapobiec temu ,aby mu się nie zrobiły odleżyny i aby dziadek nie musiał dodatkowo jeszcze cierpieć – to będę nadal wstawał. Tak naprawdę, to jest już teraz prawie jedyna rzecz jaką mogę jeszcze dla niego zrobić. Jak siostra wie, dziadek od jakiegoś czasu już nic nie je i nie pije , tylko leży. Nie mogę dla niego gotować, nie mogę wyjść z nim na spacer, nie mogę z nim w coś zagrać czy porozmawiać. Jedyne co mogę dla niego w tym momencie zrobić to przewracać go, zmieniać mu pampersy, nawilżać usta ,aby nie miał uczucia pragnienia i uważać ,aby nie zrobiły mu się te właśnie odleżyny. Dlatego pomimo tego trudu  będę robił to nadal. Chociaż tyle mogę dla niego jeszcze zrobić.

I tak też było do samego końca. Pamiętam, że w te ostatnie dni miałem przeczucie, że to może już nie potrwać długo. Dlatego zadzwoniłem do siostrzeńca dziadka i powiedziałem, jak to wszystko wygląda z jego wujkiem i że może warto by było aby przyjechał go odwiedzić zanim będzie za późno, bo dawno go nie było. Posłuchał mojej rady i przyjechał. Obiad zjedliśmy razem, potem nawilżyłem dziadkowi jeszcze usta, przewróciłem na drugi bok i powiedziałem do niego;

   Teraz mam 3 godziny zanim znowu będę musiał przewrócić dziadka, więc jak już jesteś to zostawiam was razem a sam kładę się spać. Gdyby coś się jednak działo to jestem w pokoju obok i możesz mnie w każdej chwili zawołać. 

Tak jak powiedziałem tak też zrobiłem i poszedłem się położyć. Słyszałem, że mówił do niego, opowiadał mu o czymś a po chwili zasnąłem. To częste wstawanie dało mi się już we znaki i nie potrzebowałem wiele czasu aby zasnąć. Jednak nie pospałem zbyt długo , ponieważ wybudziło mnie ze snu głośne wołanie.

   Wujku, wujku… Słyszysz mnie ? 

Pomyślałem, że coś się pewnie stało. Szybko więc wstałem i poszedłem do pokoju, w którym leżał dziadek i pytam siostrzeńca;

   Co się takiego stało ?

A on na to ;

   Wujek chyba już nie oddycha, chyba właśnie zmarł.

Podszedłem do niego , nachyliłem się nad nim i już po chwili wiedziałem, że miał on rację . Dziadzio zmarł.

Popatrzyłem na zegarek. Było parę minut po 15. Wieczorem zadzwoniłem do moich rodziców, aby im powiedzieć o tym, że dziadek zmarł. Gdy moja mama to usłyszała to powiedziała mi, że jak już od kilku dni, także i dzisiaj o 15 modliła się za niego koronką do Bożego Miłosierdzia. Gdy usłyszała że zmarł kilka minut po 15, w tym samym czasie w którym się modliła za niego, powiedziała;

   Bóg zabrał go do siebie w godzinie miłosierdzia, to pewnie już teraz jest szczęśliwy w Niebie.

Wierzę że tak właśnie się stało i sam modle się też o to, aby mógł on oglądać Boga twarzą w twarz.

W religii utarło się powiedzenie – Memento Mori – pamiętaj o śmierci. Gdy się nad tym zastanawiam to rozumiem te słowa jako świadome życie i przygotowanie się na śmierć. Nie wiem jaki rodzaj śmierci mnie spotka , w jaki sposób odejdę z tego świata? Nie wiem, czy nie zginę w jakimś wypadku, na zawał serca, ze starości, czy może w jakiś jeszcze inny sposób. Odpowiedź na te pytania zna tylko Bóg. Jedyne co mogę zrobić, to starać się przeżyć jak najlepiej każdy nowy dzień i modlić się o dobrą śmierć. Dlatego też każdą moją wieczorną modlitwę kończę słowami z komplety;

Noc spokojną

i śmierć szczęśliwą niech nam da Bóg wszechmogący,

Ojciec i Syn, i Duch Święty.

Amen




PS. Jeżeli podobał Ci się ten post i myślisz że warto się nim jeszcze z  kimś podzielić, to zapraszam do udostępniania i polubienia mojej stron na FB. Link do niej znajdziesz w prawym , górnym rogu bloga . 



czwartek, 4 grudnia 2014

Konfrontacja ze śmiercią


 

 Mówi się, że jedynym czego możemy być w 100% pewni to to, że kiedyś umrzemy. I myślę, że zgodzisz się ze mną, jeśli powiem że każdego z nas, prędzej czy później czeka śmierć. Wydaje mi się, że niewiele się o tym mówi, bo ludzie często boją się nawet myśleć o śmierci. Jednak, czy jest to dobre podejście jeśli się unika tego tematu?

W mojej pracy jestem często konfrontowany ze śmiercią. Od czasu gdy pracuję w tym zawodzie pochowałem już trzech dziadków, którymi się opiekowałem . Doświadczenia te skłoniły mnie do refleksji nad śmiercią, ale i także nad moim życiem. Bo przecież obydwa te tematy są niejako zależne od siebie. Zauważyłem to na przykładzie tych dwóch dziadków, którym dane mi było towarzyszyć, w tym ostatnim okresie ich życia.

Kiedyś zapytałem dziadka …. Wprost .

Czy boi się pan śmierci ?

Jego odpowiedź była prosta i konkretna, powiedział:

Dlaczego miałbym się bać śmierci? Nie boję się jej  Jestem zadowolony z mojego życia, że mogłem przeżyć je tak a nie inaczej. Wybudowałem dom , mam już dorosłe dzieci, które są już samodzielne i mam już wnuki. Śmierć czeka każdego z nas, więc czemu miałbym się jej bać ? Nie, nie boję się śmierci.

Przez całe swoje życie był człowiekiem myślącym pozytywnie i myślę że to też miało duże znaczenie w tym, że nie bał się śmierci. Gdy patrzył na swoje życie wstecz, to potrafił dostrzec te wszystkie dobre jego strony. Miał świadomość tego, że spełnił się w swoim życiu, że pozostawi po sobie ślad, a w pamięci swoich dzieci i wnuków będzie nadal obecny. Wiedział, że wypełnił swoje życiowe zadanie i może spokojnie odejść z tego świata, bo jego dzieci poradzą sobie gdy jego już zabraknie.

Pamiętam, że tego ostatniego dnia był bardzo niespokojny. Nie mógł usiedzieć na miejscu i ciągle się wiercił. Na śniadanie nie chciał zbyt wiele jeść, podobnie jak i na obiad. Miał już wtedy halucynacje, bo rozmawiał ze swoim zmarłym bratem tak, jakby był obecny w pokoju. Z powodu tego, że dziadek tak się ciągle wiercił pomyślałem, że może jest mu niewygodnie i posadziłem go na jego fotelu, w którym zawsze chętnie siedział . Jednak i to nie pomogło. Powiedziałem mu, aby spróbował się trochę przespać, ale to nic nie dało . Pomyślałem wtedy –

   A może ma mokrego pampersa ,albo się wypróżnił i dlatego tak się wierci ?

Podszedłem do niego i powiedziałem:

   Wezmę Pana teraz na ręce i położę na chwilkę na kanapie ,bo chcę sprawdzić czy nie ma pan mokrego pampersa.

No i tak jak powiedziałem, tak też zrobiłem. Wziąłem go na ręce, bo dziadzio nie był już w stanie o własnych siłach stać, a co dopiero chodzić, i przeniosłem go na kanapę. Położyłem go na niej delikatnie, ściągnąłem spodnie i wtedy zobaczyłem, że miałem rację. Ściągnąłem z niego pampersa, poszedłem go wyrzucić i wróciłem z miską wody, aby umyć dziadka zanim mu założę nowego . Gdy go umyłem, to zauważyłem, że ma niewielką ranę na kości ogonowej. Już wcześniej mu się takie rany robiły, dlatego lekarz przypisał mu na to takie specjalne plastry (coś takiego jak sztuczna skóra), które mu pomagały. Powiedziałem do niego;

   Widzę że zrobiła się panu kolejna rana na kości ogonowej i pewnie dlatego dzisiaj Pan mi się tak wiercił, bo to na pewno pana boli . Proszę się nie martwić – mam jeszcze trochę tych plastrów, więc zaraz Panu go nakleję , zmienimy pampersa i położę Pana do łóżka, aby nie musiał Pan siedzieć tylko mógł się położyć na boku , to wtedy nie będzie Pana tak bolało.

Nakleiłem dziadziowi ten plaster na ranę, zmieniłem pampersa na nowego i przetransportowałem go na górę do jego pokoju. Rozebrałem i położyłem do łóżka na boku, mówiąc aby spróbował się teraz trochę przespać. Zabezpieczyłem łóżko, tak aby z niego nie wyleciał i zostawiłem go. Tym razem również ze spania nic nie wyszło, bo dziadzio ciągle krzyczał, wołał swoją zmarłą siostrę. W tym momencie nie było to dla mnie nic nienormalnego, ponieważ już od kilku miesięcy dziadzio tak miał, że krzyczał i ją wołał, choć zazwyczaj było to w nocy, choć i w dzień też się zdarzało. Dlatego nie zwracałem już na to za bardzo uwagi. Co jakiś czas tylko przychodziłem do niego i sprawdzałem czy ma suchego pampersa, pytałem czy nie chce czegoś zjeść i dawałem mu pić – jeśli chciał.

Pamiętam, że w pewnym momencie zaczął śpiewać, a później była cisza. Poszedłem do niego, wszedłem po cichu do pokoju i zobaczyłem że dziadzio zasnął. Pomyślałem sobie;

   No i dobrze , w końcu udało mu się zasnąć to sobie odpocznie . Więc nie będę go teraz budził i dam mu trochę pospać do kolacji. 

Zgasiłem mu światło i wyszedłem z pokoju.

Wieczorem zrobiłem kolację , nałożyłem dziadziowi ładnie na talerz i poszedłem na górę do niego . Wchodzę śmiało do pokoju, zapalam światło i mówię;

   Kolacja jest już gotowa, może Pan już wstać .

Jednak ku mojemu zdziwieniu nie było żadnej reakcji, dziadzio leżał na boku, jedną rękę miał pod poduszką pod głową tak jak zasnął. Odstawiłem talerz z jedzeniem na bok, podszedłem do niego bliżej i wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że on już nie oddycha, że już nie żyje. Pamiętam że odsłoniłem jeszcze kołdrę i zobaczyłem że jego noga była już sina, także wtedy byłem już pewien, że dziadzio jest już ze swoim rodzeństwem u Boga. Zaraz też poszedłem do telefonu i zadzwoniłem do jego syna, aby go poinformować o tym, że jego tato zmarł. Czekając, aż przyjedzie modliłem się za dziadka przy jego łóżku i prosiłem Boga, aby go przyjął do siebie …

Było to dla mnie bardzo mocne doświadczenie, ponieważ przez te 18 miesięcy kiedy się nim opiekowałem to bardzo się z nim zżyłem. Zawsze mówiłem, że to jest „mój dziadzio” i tak też go traktowałem – jak swojego. I choć jego życie dobiegło końca, to byłem szczęśliwy że tak się stało , bo wiedziałem że już się nie męczy, że już jest razem ze swoim rodzeństwem. Myślę że spokojnie mogę powiedzieć że miał dobrą śmierć, bo czy może być lepsza jak umrzeć we śnie… Nie bał się śmierci i odszedł spokojnie z tego świata, mając świadomość spełnionego życia .

Niech odpoczywa w pokoju…



PS. Jeżeli podobał Ci się ten post i myślisz że warto się nim jeszcze z  kimś podzielić, to zapraszam do udostępniania i polubienia mojej stron na FB.

Dzięki temu będziesz zawsze na bieżąco . No i oczywiście zapraszam do komentowania - zostaw jakiś ślad po sobie .

niedziela, 30 listopada 2014

Czasem potrafił żartować

 

 Byliśmy na zakupach w sklepie. Tego dnia przebiegały one dość spokojnie i bez problemów. Dziadek miał dobry humor. Nie komentował więc każdej rzeczy jaką wkładałem do koszyka, ani nie krzyczał że tego czy tamtego nie potrzebuje . Gdy szliśmy już w stronę kasy przypomniało mi się że muszę kupić sobie jeszcze szampon do włosów, bo mi się skończył.
Podszedłem więc do regału z szamponami i zaczynam je oglądać, bo nie wiedziałem jaki mam kupić. Dziadek w tym czasie zrobił się już trochę niecierpliwy. Idąc w moją stronę mówi do mnie

Choć już . Co tam jeszcze chcesz kupować ? Musimy jechać już do domu. 

Ja. Mszę sobie jakiś kupić szampon do włosów mi się skończył, tylko zastanawiam się jeszcze który powinienem wziąć 

On. A po co Ci szampon ,jak ty wcale włosów nie masz na głowie ?

Powiedział z uśmiechem na twarzy

Ja. No właściwie ma pan racje, że mam ich niewiele ale głowę i tak trzeba myć .

   Również zacząłem się śmiać, bo po części miał rację, że tych włosów prawie nie mam . Zawsze obcinam włosy na krótko . No ale szampon i tak potrzebowałem, więc wziąłem jakiś i udaliśmy się w kierunku kasy , po czym wróciliśmy do domu .

   W ciągu tego roku czasu , kiedy się nim opiekowałem było niewiele takich pozytywnych sytuacji.
Jednak jak widzicie i takie były, dlatego myślę że warto o nich pamiętać. A każdy dzień, kiedy udało mi się wywołać uśmiech na jego twarzy, był dla mnie cenny i wiele znaczył.



PS. Jeżeli podobał Ci się ten post i myślisz że warto się nim jeszcze z  kimś podzielić, to zapraszam do udostępniania i polubienia mojej stron na FB.

https://www.facebook.com/Opieka-os%C3%B3b-starszych-1499674176983929/timeline/?ref=aymt_homepage_panel

Dzięki temu będziesz zawsze na bieżąco . No i oczywiście zapraszam do komentowania - zostaw jakiś ślad po sobie .

piątek, 28 listopada 2014

Głupia małpa

   Dzień ten rozpoczął się jak każdy inny piątek. Po śniadaniu pojechaliśmy do miasta, bo dziadek chciał zagrać w lotka. W drodze powrotnej do domu powiedział, że chce jeszcze jechać na zakupy ale wcześniej musi coś zabrać z domu . Podjechałem więc pod dom , dziadek wszedł do środka a ja w tym czasie zawróciłem samochód i czekałem na niego. Po chwili wrócił trzymając w ręku jakąś książeczkę . Wsiadł do samochodu i mówi do mnie że możemy już jechać.

Pojechaliśmy najpierw na zakupy . W koszyku znalazły się jak zazwyczaj najpotrzebniejsze produkty typu – jajka, mleko , warzywa , wędliny , ser ,masło itd. . Artykuły , których w tym czasie w domu brakowało a które potrzebowałem, aby w następnych dniach móc dziadkowi gotować obiady. Jednak dziadek bardziej potrzebował czegoś innego . Zdałem sobie z tego sprawę gdy zobaczyłem, że wkłada do koszyka dwie butelki – sekt-a. (Lekarze zabronili mu pić alkohol z czego dobrze sobie zdaje sprawę ). Dlatego mówię do niego

Po co Pan chce to kupować jeśli pan dobrze wie , że nie powinien Pan pić ? No i jak się nie mylę, to w domu ma pan jeszcze butelkę albo dwie . Bo kilka dni temu pan je kupił.

On; W domu już nic nie ma ! A ja potrzebuje to nie dla siebie tylko dla gości .

Ja; Niech Pan robi co chce . Jest pan dorosły i wie Pan o tym że nie wolno Panu pić alkoholu. Ale jeśli pan uważa, że Pan to koniecznie potrzebuje to niech Pan weźmie sobie te 2 butelki. Ja nic nie więcej nie mówię . To pana zdrowie a nie moje. 

Oczywiście kupił te dwie butelki . Gdy zapakowałem zakupy do samochodu dziadek mówi mi, że teraz musimy znaleźć ten adres, gdzie mieszka była żona jego syna .Wiedział tylko że jest to gdzieś w okolicy tego sklepu, ale nic więcej poza tym . Kazał mi jechać .
Ruszyłem . Skręciłem najpierw w prawo a potem kawałek prosto do miejsca, w którym mogłem pojechać w trzech kierunkach . Zatrzymałem samochód i pytam dziadka .

Gdzie mam teraz jechać ? W prawo , lewo  czy prosto ?

Na to dziadek zdenerwowany krzyczy do mnie

A skąd ja mam to wiedzieć ! Tu jest ten adres . Tam masz jechać .

Ja. No dobrze -odpowiedziałem . Ale ja nie mam pojęcia gdzie to jest, więc proszę mi powiedzieć przynajmniej w którą stronę mam jechać ?

Prosto! – powiedział.

Więc ruszyłem i pojechałem prosto . Jednak to była zła ulica i nigdzie nie było nawet znaku jak dojechać pod ten adres którego szukaliśmy. Zdenerwowany kazał mi zawrócić i jechać z powrotem. Gdy dojechaliśmy znowu do tego miejsca w którym wcześniej stałem , zatrzymałem samochód i kolejny raz go pytam .

W którą stronę mam tym razem jechać ?

Na to dziadek mi wykrzyczał ,

A skąd ja mam to wiedzieć ? Ty masz przecież to urządzenie i zawsze wszystko wiesz ! A teraz nagle nie wiesz gdzie masz jechać !

Ja. A skąd ja mam to wiedzieć , przecież ja się tutaj nie urodziłem i nie pochodzę stąd tak jak Pan. To chyba raczej Pan powinien to wiedzieć a nie ja . I tak – mam to urządzenie (nawigacje samochodową) ale w swoim samochodzie a nie w Pana. Jeśli by mi Pan powiedział, że chce koniecznie znaleźć dzisiaj ten adres, to bym ją wziął i nie byłoby problemu . Jednak nie mam jej tutaj i nie mam pojęcia jak dojechać pod ten adres. 

On. Jak ty nie wiesz to powiem mojemu synowi aby mnie tam zawiózł. Wtedy będę już wiedział gdzie to jest.

Ja. No i bardzo dobrze . Proszę tak zrobić . 

Wróciliśmy. Dziadek wysiadł z samochodu , poszedł do domu a ja zaparkowałem samochód w garażu. Wyciągnąłem zakupy i wchodzę z nimi do domu . W przedpokoju mijam dziadka , który idzie z dwoma pustymi butelkami . Pokazuje mi je i mówi -

Widzisz . Już nic więcej nie mieliśmy w domu bo te dwie butelki są już puste.

Ja. No właśnie widzę że są puste . Już je pan wypił . 

On. One już od dawna są puste -ty głupia małpo! Wykrzyczał.

Trzasnął drzwiami i wyszedł z domu na podwórko.

Gdy to usłyszałem to stwierdziłem ,że nie ma sensu wdawać się z nim w dalszą rozmowę, więc nic się więcej nie odzywając, rozpakowałem zakupy i poszedłem do siebie do pokoju.




PS. Jeżeli podobał Ci się ten post i myślisz że warto się nim jeszcze z  kimś podzielić, to zapraszam do udostępniania i polubienia mojej stron na FB.

https://www.facebook.com/Opieka-os%C3%B3b-starszych-1499674176983929/timeline/?ref=aymt_homepage_panel

Dzięki temu będziesz zawsze na bieżąco . No i oczywiście zapraszam do komentowania - zostaw jakiś ślad po sobie . 

wtorek, 25 listopada 2014

Kierowanie się w życiu miłością



 Charles M. Schwab miał 72 lata. kiedy został pozwany do sądu o dużą sumę pieniędzy. Ponieważ był jednym z najbogatszych ludzi tamtych czasów, mógł iść i bronić swoich racji.  Zdecydował się walczyć i wygrał. Nadszedł dzień kiedy chciał przemówić w swoim własnym imieniu i dlatego zapytał sędziego, czy może coś oświadczyć przed opuszczeniem sądu. Sędzia się zgodził. Schwab przemówił na sali sądowej: - »Jestem starym człowiekiem i chcę powiedzieć, że 90 procent moich kłopotów w życiu było spowodowanych tym, że jestem dobry dla innych ludzi. Jeżeli wy, młodsi, chcecie uniknąć kłopotów, bądźcie twardzi i mówcie wszystkim "nie". Wtedy bezboleśnie przejdziecie przez życie«.
- "Ale" - tu uśmiech zagościł na jego twarzy - "nie będziecie mieli przyjaciół ani radości z życia".

Miłość leczy ludzi

Tylko wtedy naprawdę wypełniamy nasze  życie kiedy kochamy, ponieważ miłość jest celem, dla którego pokonujemy mury i budujemy drzwi w naszym życiu. Miłość jest największą motywacją i najbardziej opłacalną rzeczą na świecie. Przemyślcie to. Jeżeli ludzie mogliby szczerze okazywać i naprawdę otrzymywać miłość, czy myślicie, że nasze więzienia byłyby teraz przepełnione? Czy myślicie, że jedno na dwa małżeństwa rozpadałyby się? Czy myślicie, że dzieci wpadałyby w nałogi? Czy myślicie, że ludzie zażywaliby tony środków uspokajających każdego dnia? Jest oczywiste, że nie! Dr Karl Menninger, jeden z najlepszych psychiatrów, założyciel znanej na cały świat Kliniki Menningera, powiedział coś bardzo mądrego na temat naszej wrodzonej potrzeby miłości: "Miłość leczy ludzi - i tych, którzy ją ofiarowują, i tych, którzy ją otrzymują". Długie doświadczenie Menningera jako psychiatry przekonało go, że możemy doświadczyć prawdziwego szczęścia w życiu tylko i wyłącznie poprzez miłość. Zaobserwował też, że ludzie nie mogą wyleczyć się ze swoich "załamań" bez miłości.

Miłość jest ciepłym objęciem

Dzieci mają wspaniałą zdolność do oceniania rzeczywistości. Słyszałem ostatnio opowieść o znaczącym biznesmenie, który był już zmęczony ciągłym czytaniem do snu bajek swojej córeczce. Będąc pomysłowym biznesmenem i ojcem wymyślił świetne rozwiązanie. Kupił swojej córce magnetofon i nagrał wszystkie jej ulubione bajki na kasetę, myśląc, że to rozwiązanie oszczędzi mu trochę czasu, bo nie będzie już zmuszony czytać jej bajek na dobranoc, a ona będzie je sobie sama słuchała z kaset. Lecz, ku jego wielkiego zdziwieniu, jego córka wcale nie była zadowolona z tego pomysłu. Kiedy ponownie poprosiła go o przeczytanie bajki, zapytał ją: - "Czy zgubiłaś magnetofon, który ci kupiłem?".
- "Nie" - powiedziała cicho dziewczynka.
- "Więc co się stało?" - zapytał.
- "Magnetofon nie może mnie przytulić" - powiedziała niewinnie.
Ta historia jest wzruszającym dowodem na to, że przedmioty nigdy nie zastąpią ludzi. Mała dziewczynka bardzo lubiła słuchać bajek, ale tylko wtedy, gdy były czytane przez jej tatę.

Miłość dodaje otuchy

Charles Allen, w swojej książce pt. Home Fires opowiada historię mężczyzny, który pewnego ranka mówi żonie, że dzisiejszego dnia ma zamiar poprosić szefa o podwyżkę. Mężczyzna cały dzień nerwowo unika swojego szefa, ale w końcu zbiera się na odwagę i prosi szefa o podwyżkę.
Ku jego wielkiemu zdziwieniu, szef nie tylko daje mu dużo wyższą podwyżkę niż prosił, ale w dodatku go chwali. Kiedy mąż wraca wieczorem do domu. znów jest bardzo zdziwiony, ponieważ jego żona przygotowała na tę okazję romantyczną kolację przy świecach.
- "Kochanie" - mówi do żony. - "Dostałem podwyżkę, ale sądząc po nakryciu stołu już o tym wiesz. Świetnie, jestem gotowy świętować".
Objęli się, a kiedy usiadł do stołu zauważył karteczkę z napisem:
"Gratuluję kochanie! Wiedziałam, że dostaniesz podwyżkę. Ta kolacja
pokaże ci, jak bardzo cię kocham".
Kolacja była pyszna. Kiedy żona sprzątała talerze ze stołu, mąż zauważył, że karteczka przylepiona do spodu jej talerza spada na podłogę. Podnosi ją i czyta.

"Nie martw się kochanie, że nie dostałeś podwyżki, chociaż tak bardzo na nią zasłużyłeś. Kolacja ta pokaże ci, jak bardzo cię kocham". W tym momencie mąż zdał sobie sprawę, że jego żona kochałaby go i wspierała niezależnie od tego, czy dostałby podwyżkę, czy nie. Ucieszyła się bardzo z dobrej wiadomości, ale była też gotowa pocieszać go gdyby wiadomość okazała się zła. Ponieważ rozumiała, że miłość dodaje otuchy, mąż docenił ją bardziej niż kiedykolwiek.

Miłość zaciera nasze różnice

Następna historia opowiada o młodym księdzu, który w 1800 roku szedł 20 mil, aby odprawić mszę w małym kościółku w wiosce Missouri. Kiedy dotarł na miejsce, był bardzo wyczerpany. Była to w dodatku jego pierwsza w życiu msza i był tak zdenerwowany, że zaczął się jąkać i zapomniał nawet głównych kwestii kazania. Kongregacja była zawiedziona mszą, tym bardziej, że nikt nie był świadomy jego długiej podróży. Nikt z członków kościoła nie zaproponował mu ani noclegu, ani pożywienia. Kiedy przygotował się do długiej powrotnej drogi do domu, czarnoskóry stróż kościoła zaproponował
mu, że podzieli się z nim skromnym posiłkiem w swojej chacie. Duchowny z wdzięcznością przyjął tę ofertę. Lata mijały, a młody ksiądz stał się sławnym biskupem. I znowu wrócił do tego małego kościółka. Było to bardzo duże wydarzenie dla mieszkańców wioski. Wszyscy przyszli na sprawowaną przez niego mszę i wszyscy zgodnie stwierdzili, że było to najlepsze kazanie jakie słyszeli. Po mszy wszyscy zgromadzili się wokół kościoła, by uścisnąć rękę biskupa i by zaproponować mu swoją gościnność. Biskup podziękował im uprzejmie i odmówił każdemu zaproszeniu. Wtedy, ku zdumieniu wszystkich mieszkańców miasteczka, zaprosił czarnego stróża na obiad, a do reszty zwrócił się słowami: "Kiedy wiele lat temu byłem tu, nie byłem dla was wystarczająco dobry. Nie jestem też wystarczająco dobry dzisiaj".
Historia ta mówi nam, że miłością można osiągnąć wszystko. Miłość nie zważa na stan lub kolor skóry i wiąże nas razem, bez względu na różnice jakie nas dzielą. Miłość pokonuje trudności i różnice, które nas dzielą. Jednym słowem, miłość pokona wszystko. Miłość jest największym skarbem, ponieważ jest współczująca, dzieli troski i dzięki niej potrafimy wszystko pokonać. Miłość ożywia stosunki międzyludzkie oraz pozwala im dojrzewać i rosnąć. Jeżeli jednak chcemy naprawdę doświadczyć miłości, musimy się nauczyć ją okazywać.

Różne sposoby mówienia: "kocham cię"

Tak jak istnieją różne typy miłości, są też różne sposoby okazywania miłości i ważne jest byśmy byli tego świadomi. Bez wątpienia największym wyzwaniem, jakiemu małżeństwo musi stawić czoła, jest
brak porozumienia. Bardzo dobrze sprzedająca się książka Johna Grayapt. "Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus" omawia, w jaki sposób różnice pomiędzy mężczyznami i kobietami, sprawiają, że kiedy próbujemy się porozumieć wydaje się nam, że mówimy różnymi językami. Psychologowie twierdzą, że różni ludzie mają różne sposoby porozumiewania się z innymi. Istnieją trzy podstawowe typy osobowości: uczuciowy, werbalny i aktywny.
W zależności od typu osobowości słuchacza słowa "kocham cię" będą lepiej przyjęte, jeżeli użyjesz odpowiedniego sposobu. Na przykład, osobie o osobowości werbalnej najlepiej jest po prostu
powiedzieć - "Kocham cię". Uczuciowej osobie najlepiej jest powiedzieć "kocham cię" podczas romantycznej kolacji lub spaceru po plaży. By najlepiej okazać, że kochasz osobę o osobowości aktywnej, nie musisz dbać o romantyczną otoczkę. Dla ludzi aktywnych, czyny znaczą więcej niż słowa. Aktywni ludzie zrozumieją, że ich kochasz jeżeli, na przykład, bez pytania odbierzesz za nich ubrania z pralni.
Oczywiście nikt z nas nie jest w pełni aktywny, uczuciowy czy werbalny. Każdy z nas posiada każdą z tych osobowości po trochu, chociaż jedna znacznie dominuje. Ważne jest, by rozpoznać ten dominujący czynnik tak, abyśmy mogli okazywać innym miłość na ich poziomie. Na przykład, ja jestem aktywną osobą, a moja żona dała mi w prezencie kwiaty. Uważałem, że to strata pieniędzy. Wolałbym dostać narzędzia lub nowy gadżet do mojego komputera. Moja żona byłaby jednak załamana gdybym kupił jej kuchenkę mikrofalową do kuchni. Wiem to z doświadczenia, bo próbowałem tego na naszą pierwszą rocznicę ślubu. Moja żona jest uczuciowa i wolałaby dostać kwiaty niż praktyczny podarunek. Ktoś, kto jest werbalny, chciałby na pewno otrzymać wiersz lub list miłosny. Jeżeli jedna osoba jest uczuciowa a druga aktywna, porozumienie się może stanąć przed wielkim murem. I będzie tak, dopóki każda z nich nie nauczy się, jak najlepiej porozumiewać się z małżonkiem.

W werbalnym i uczuciowym małżeństwie

Jakiś czas temu przygotowywałem ceremonię małżeństwa dla młodej pary. Krótko po ślubie młody człowiek został posłany na pół roku do pracy we Włoszech. Bardzo ważne było, by oni okazywali sobie nawzajem swą miłość w odpowiedni sposób lub zaczęli sobie zadawać pytania dotyczące tego, co słyszą, kiedy druga osoba mówi. Kiedy wrócił z Włoch, mieli problemy i nie wiedzieli dlaczego. Zdawało się, że "werbalna" żona pisała codziennie miłosne listy do swojego "aktywnego" męża, który kupował praktyczne prezenty dla
swojej uczuciowej żony. W rezultacie, obydwoje okazywali swoją miłość, ale żadne nie rozumiało, co drugie chce powiedzieć. Żona była werbalno-uczuciowa i to, czego chciała, to list miłosny, którym mogłaby się pochwalić przed przyjaciółkami i udowodnić wielką miłość męża. Mąż był aktywny i potrzebował pudełka ciasteczek, którymi mógłby poczęstować swoich kolegów i pokazać im, co dla niego zrobiła jego żona.
Oni kochali się bardzo i obydwoje starali się okazywać swą miłość najlepiej, jak tylko umieli. Następnym razem gdy któreś z nich wyjechało, ona przysyłała mu ciasteczka, a on listy miłosne. Teraz wszystko
jest dobrze. W sferze, kiedy relacje pomiędzy nami a inną osobą stają się coraz bliższe, wreszcie poznajemy, w jaki sposób odpowiednio okazywać miłość tej drugiej osobie.



                        Charles Lever - Jeżeli nie możesz pokonać muru zbuduj drzwi s. 119-127


Ps. Zapraszam Cię również do dowiedzenia i polubienia mojej strony Życie poświęcone innym na Facebooku.   

niedziela, 23 listopada 2014

Modlitwa o dobrą służbę Jezusowi w chorych




Spraw, Panie, abyśmy stali się godni służyć na całym świeci naszym bliźnim,
którzy żyją i umierają w cierpieniu, ubóstwie i głodzie.
Daj im dzisiaj, za sprawą naszych rąk, chleba powszedniego,
a za pośrednictwem naszej rozumnej miłości udziel im pokoju i radości.
Panie, moja Miłości, spraw, abym dziś i każdego dnia widziała Ciebie 
w osobach Twych chorych i abym pielęgnując ich posługiwała Tobie.
Chociaż ukrywasz się pod nieprzyjemną maską nerwowości, natarczywości,
niedorzeczności, obym Cię zawsze mogła rozpoznać i powiedzieć Ci;
„Jezu, mój Pacjencie, jak słodko jest służyć Tobie”.
Panie, użycz mi wzroku wiary, aby moja praca nigdy nie była pasmem jednostajności.
Zawsze będę znajdowała radość w pobłażaniu kaprysom i zaspokajaniu życzeń
wszystkich cierpiących biedaków.
O ukochani chorzy, jesteście mi podwójnie drodzy, bo uosabiacie mi Chrystusa;
cieszę się wielkim przywilejem, że mogę was pielęgnować.
O Panie, moja słodyczy, spraw, abym rozumiała godność mojego wielkiego powołania
i licznych, związanych z tym obowiązków. 
Nigdy nie pozwól, abym sprzeniewierzyła się temu powołaniu,
dopuszczając się oziębłości, nieuprzejmości czy też zniecierpliwienia.
Boże, skoro jesteś Jezusem, moim Pacjentem, racz także być dla mnie cierpliwym Jezusem,
znosić wielkodusznie moje błędy, a dostrzegać tylko moje dobre intencje,
by Cię kochać coraz więcej i służyć Ci coraz lepiej w osobie każdego z Twoich chorych.
Panie, pomnażaj moją wiarę, błogosław moim wysiłkom i każdej mojej pracy dla chorych,
bądź ze mną teraz i zawsze. Amen.

                                                                                                      Matka Teresa z Kalkuty
                                                                                                                 Blaski, s. 144-145

Sens cierpienia



 Pisać o cierpieniu nie jest łatwo. Jednak zdecydowałem się na to rozważanie, ponieważ jest bo bardzo ważny temat i może trochę za mało się o nim mówi...
A przecież cierpienie dotyka każdego z nas, spotykamy się z nim na co dzień i doświadczamy go w przeróżnych formach. Myślę, że wielu z nas kojarzy się to słowo z bólem. Ból ten jednak może przybierać przeróżne postacie, może być fizyczny, może być to ból zadany nam przez drugą osobę, która w jakiś sposób nas zraniła, ból rozstania z ukochaną osobą, ból związany ze śmiercią kogoś nam bliskiego...

   Możemy doświadczać cierpienia bezpośrednio, np. gdy dotyka nas jakaś choroba lub pośrednio, np. gdy gdy jakieś cierpienie dotyka kogoś w naszej rodzinie lub wśród naszych bliskich. Jednakże, jakie by ono nie było, zawsze przygniata człowieka, napełnia go smutkiem, często zamyka go na bliźniego lub odbiera chęć do życia, do jakiegokolwiek działania. W takich chwilach często czujemy się bezradni, tak jak małe dziecko, które samo nie potrafi sobie pomóc.

   Doświadczając cierpienia , jakichś problemów , zdajemy sobie sprawę z naszej kruchości i bezradności. Wtedy już nie jesteśmy tacy pewni siebie, lecz zaczynamy szukać pomocy, co dla nas – ludzi nie zawsze jest takie proste. Często szukamy pomocy tam, gdzie niestety jej nie znajdujemy. Ludzie, którzy nie potrafią sobie poradzić z tym, co ich spotyka w codziennym życiu, często uciekają w alkohol, narkotyki lub jakieś inne używki. Szukają pomocy w różnych sektach lub u ludzi, którzy później ich wykorzystują i ranią, zadając im tym samym nowy ból. W ten sposób przysłowiowe koło się zamyka, a w życiu takiego człowieka nie zmienia się nic.

   Jak więc w takich sytuacjach sobie radzić? W jaki sposób lub gdzie szukać pomocy?
Jezus dał nam z przykład dziecko, więc może warto i teraz na nie spojrzeć. Gdy popatrzymy na małe dziecko i na jego zachowanie, gdy doświadcza jakichś problemów lub jest w sytuacji (dla niego) bez wyjścia, to automatycznie szuka ono pomocy u swoich rodziców, ponieważ wie, że tylko oni potrafią mu pomóc.

   Bóg jest naszym Ojcem, a my wszyscy jesteśmy Jego dziećmi. Czy nie powinniśmy więc u Niego szukać pomocy? Jezus zaprasza każdego z nas słowami „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię” (Mt. 11,28). Jezus pragnie pocieszać i pomagać szczególnie tym, którzy są utrudzenie i obciążeni, którzy doświadczają w swoim życiu cierpienia i może już nie potrafią sobie z nim poradzić. Tymi słowami Jezus zachęca każdego człowieka, który ugina się pod ciężarem kłopotów dnia codziennego, kto traci już nadzieję doświadczając w swoim życiu jakiejś choroby, niepowodzeń życiowych lub problemów materialnych. Jezus pragnie, abyś właśnie u niego szukał pomocy.

   Czytając słowa Ewangelii, możemy odnaleźć wiele takich sytuacji, kiedy ludzie przychodzą do Jezusa i u niego szukają pomocy. A nie były to tylko pojedyncze osoby, lecz często jest mowa o całych tłumach, które ciągnęły do Niego nie tylko po to, aby Go słuchać,lecz także po to, aby doświadczyć uzdrowienia. I tak widzimy np. kobietę chorą na krwotok, która została uzdrowiona, gdy dotknęła się frędzli u Jego szaty, widzimy opętanych, z których Jezus wyrzuca złe duchy, widzimy niewidomych, chromych i trędowatych, których Jezus uzdrawia. Takich przykładów możemy odnaleźć jeszcze więcej na kartach Ewangelii. Ci wszyscy ludzie, szukali pomocy u Jezusa i nie doznali zawodu, nie odeszli rozczarowani ani oszukani.

   Jezus w czasie swojego ziemskiego życia pokazał nam swoim przykładem, jaka powinna być nasza postawa wobec cierpienia. Na kartach Ewangelii widzimy przecież Jezusa cierpiącego. Widzimy Jego cierpienie, które rozpoczyna się już na Górze Oliwnej. Widzimy Jezusa zdradzonego i sprzedanego za 30 srebrników, przez jednego ze swoich uczniów. Widzimy św. Piotra, który 3 razy zaparł się Jezusa, kiedy wcześniej zapewniał Go o tym , że nawet życie swoje za Niego odda. Dalej widzimy Jezusa biczowanego, niosącego krzyż na swoich ramionach, aby na nim oddać swoje życie dla naszego zbawienia. A gdy już wisi na krzyżu, widzimy go tak bardzo samotnego, że aż woła do Boga „Boże mój , Boże mój, czemuś Mnie opuścił”? (Mt. 27,46) W całym ogromie cierpienia, jakiego doświadczył, nie złorzeczył, nie przeklinał tych, którzy Mu zadawali ból, wyszydzali i opluwali, lecz w cichości i pokorze, przyjmując to cierpienie, wypełniał wole swojego Ojca.
Dlatego to Jezus powinien być dla nas wzorem do naśladowania, to on Niego powinniśmy się uczyć tego, jak znosić cierpienie.

   W konfrontacji naszego życia z cierpieniem wołanie Jezusa; „Jeżeli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje”. ( Mt. 16,24) staje się jeszcze bardziej aktualne. Te słowa Jezus kieruje do każdego z nas, ale to od nas zależy, jak na nie odpowiemy. To od nas samych zależy, czy idąc przez życie potrafimy tak jak Jezus znosić cierpienie (krzyż), jakie przyszło nam nieść na swoich bakach. Czy może będziemy zazdrościć innym pozornie łatwiejszego życia, tak jak człowiek z tej oto opowieści;

Był człowiekiem biednym i prostym. Wieczorem, po dniu ciężkiej pracy, wracał do domu zmęczony i w złym humorze. Patrzył z zazdrością na ludzi jadących samochodami i na siedzących przy stolikach w kawiarniach.

Ci to mają dobrze – zrzędził, stojąc w tramwaju w okropnym tłoku. Nie wiedzą, co to znaczy zamartwiać się....Mają tylko róże i kwiaty. Gdyby musieli nieść mój krzyż!

Bóg z wielką cierpliwością wysłuchiwał narzekań mężczyzn. Pewnego dnia czekał na niego u drzwi  jego domu.

Ach, to Ty, Boże – powiedział człowiek, gdy Go zobaczył. Nie staraj się mnie udobruchać. Wiesz dobrze, jak ciężki krzyż złożyłeś na moje ramiona.

Człowiek był jeszcze bardziej zagniewany niż zazwyczaj.
Bóg uśmiechnął się do niego dobrotliwie,

Chodź ze Mną. Umożliwię Ci dokonanie innego wyboru – powiedział.

Człowiek znalazł się nagle w ogromnej lazurowej grocie. Pełno było w niej krzyży; małych , dużych, wysadzanych drogimi kamieniami, gładkich, pokrzywionych.

to są ludzkie krzyże – powiedział Bóg. Wybierz sobie , jaki chcesz .

Człowiek zrzucił swój własny krzyż w kąt i zacierając ręce, zaczął wybierać.
Spróbował wziąć krzyż leciutki, był on jednak długi i niewygodny. Założył sobie na szyję krzyż biskupi, ale był on niewiarygodnie ciężki z powodu odpowiedzialności i poświęcenia. Inny, gładki i pozornie ładny, gdy tylko znalazł się na ramionach mężczyzny, zaczął go kłuć, jakby pełen był gwoździ. Złapał jakiś błyszczący srebrny krzyż, ale poczuł , że ogarnia go straszne osamotnienie i opuszczenie. Odłożył go więc natychmiast. Próbował wiele razy , ale każdy krzyż stwarzał jakieś niedogodności. Wreszcie w ciemnym koncie znalazł mały krzyż, trochę już zniszczony używaniem. Nie był ani zbyt ciężki, ani zbyt niewygodny. Wydawał się być zrobiony specjalnie dla niego. Człowiek wziął go na ramiona z tryumfalną miną.

wezmę ten! Zawołał i wyszedł z groty.

Bóg spojrzał na niego z czułości. W tym momencie człowiek zdał sobie sprawę z tego, że wziął właśnie swój stary krzyż, ten, który wyrzucił , wchodząc do groty.

   Historia ta pokazuje nam, że możemy przyjąć dwie postawy w stosunku do cierpienia, które nas w życiu spotyka. Możemy go nie akceptować i obwiniać przy tym Boga, dlaczego to właśnie nas coś takiego spotkało. Ale w ten sposób wcale sobie nie pomożemy, wręcz przeciwnie, sami sobie będziemy przez to wyrządzali krzywdę. Natomiast drugą postawą, jaką możemy przyjąć jest pogodzenie się z cierpieniem, przyjęcie go z pokorą oraz zaakceptowanie i ofiarowanie go w połączeniu z modlitwą w jakiejś intencji. O takiej postawie mówi nam też św. Ojciec Pio , wypowiadając się na temat cierpienia. Powiedział; „cierpienie jest przeznaczeniem dusz wybranych; znoszenie po chrześcijańsku cierpienia jest warunkiem, z którym Bóg, dawca wszelkiej łaski i wszelkiego dobra wiodącego do zbawienia, związał obdarzanie nas chwałą. Zatem; w górę serca pokładające ufność w samym tylko Bogu; upokórzmy się pod Jego potężną ręką, przyjmijmy z pogodnym obliczem cierpienia, którym poddaje nas litość Ojca niebieskiego, aby wywyższyć nas w czasie swego nawiedzenia. 

   Jak więc widzimy, doświadczenie cierpienia w naszym życiu może także służyć większemu dobru, jeżeli tylko będziemy je przeżywać po chrześcijańsku; mając świadomość tego, że poprzez cierpienie upodabniamy się do cierpiącego Jezusa, który wtedy jest szczególnie blisko nas. Św. Piotr w jednym ze swoich listów mówi; „cieszcie się, im bardziej jesteście uczestnikami cierpień Chrystusowych, abyście się cieszyli i radowali przy objawieniu się Jego chwały”. (1P4,13) 
Podchodząc w taki sposób do cierpienia, będzie nam o wiele łatwiej znosić je na co dzień.

   Cierpienie przypomina nam także o nieubłaganym końcu naszego ziemskiego życia. Doświadczając cierpienia kogoś nam bliskiego, zdajemy sobie sprawę z tego, jak kruche jest nasze życie, że
„z prochu powstaliśmy i w proch się obrócimy”. Takie doświadczenie często prowadzi nas do refleksji nad naszym własnym życiem. W ten sposób doświadczenie to może nas doprowadzić do nawrócenia, do zmiany naszego postępowania. Ale do tego wszystkiego potrzeba nam wiary, wiary w obecność Chrystusa w naszym życiu oraz w tym, czego w nim doświadczamy.

   Na całym świecie jest tak wiele cierpienia, tak wiele bólu …. W drugim człowieku cierpi sam Chrystus, będąc w nim obecnym. Zastanawiając się nad tym, w jaki sposób mógłbym tym wszystkim osobom pomóc, przychodzi mi do głowy tylko jedno słowo – modlitwa.
Dzięki naszej modlitwie możemy ogarnąć wszystkich cierpiących ludzi. Dlatego chciałbym zakończyć to rozważanie właśnie modlitwą, która niech będzie zachętą do modlitwy za wszystkie te osoby, które w swoim życiu doświadczają cierpienia w jakiejkolwiek postaci.



Pomódl się;
za dzieci zaniedbane,
za dzieci pokłócone z rodzicami,
za dzieci smutne i przeżywające trudności,
za dzieci źle się uczące i mało zdolne,
za dzieci błąkające się poza domem,
za dzieci, którym w domu jest źle,
za dzieci trudne do wychowania,
za dzieci alkoholików bite, dręczone i poniewierane,
za dzieci bez matek i bez ojców....
To ich cierpienie jest jednym z cierpień Jezusa.

Pomódl się;
za małżonków skłóconych,
za małżonków, którym brakuje już miłości.

Pomódl się;
za matki oczekujące dziecka,
za ojców walczących z trudnościami materialnymi, 
za rodziców mających trudności z wychowaniem dzieci,
za rodziców o łaskę miłości i wierności. 

Pomódl się;
za rodzeństwa – o zgodę i miłość braterską,
za zakochanych, aby Bóg rządził ich miłością i dał im szczęście,
za cierpiących z miłości i źle pojmujących miłość,
za zrozpaczonych – bo ich troski są też cierpieniami Jezusa.

Pomódl się;
za chorych, przykutych do łóżek i skazanych na dożywotnie cierpienie,
za ludzi nie pogodzonych z cierpieniem,
za opuszczonych starców i ludzi samotnych,
za zdziwaczałych i wyszydzanych,
za tych, co nie umieją się poprawić.

Pomódl się za wszystkich, niech będą objęci modlitwą.
Nie pomijaj nikogo. Wiedź, że każde z tych cierpień jest cierpieniem Jezusa.
Bądź dobry dla Niego. 

                                                                 modlitwa Barbary Jabłońskiej
                                                                      na chwilę ciszy, s. 165-166



PS. Jeżeli podobał Ci się ten post i myślisz że warto się nim jeszcze z  kimś podzielić, to zapraszam do udostępniania i polubienia mojej stron na Życie poświęcone innym na Facebooku.
Dzięki temu będziesz zawsze na bieżąco . No i oczywiście zapraszam do komentowania - zostaw jakiś ślad po sobie . 

sobota, 22 listopada 2014

Modlitwa za tych, których pielęgnuję.



Panie, pomóż mi widzieć Ciebie każdego dnia w Twoich chorych,
a wtedy pielęgnując ich będę Tobie służyła.
Jeśli Ty się skryjesz pod przebraniem tego,
co się złości, jest niezadowolony lub arogancki,
spraw, żebym Cię rozpoznała i mówiła do Ciebie:
„Jezu cierpiący, jak to jest dobrze i słodko służyć Tobie”.
Panie, daj mi tę wiarę jasnowidzącą,
a wtedy moja praca nie będzie nudna,
bo radość zawsze wytryśnie z mojej odpowiedzi
na pragnienia, a nawet na kaprysy biednych,
którzy cierpią.
O drogi chory, jesteś mi jeszcze bardziej drogi,
bo sobą przedstawiasz mi Chrystusa.
Jakaż to szansa dla mnie,
że mogę Cię pielęgnować.
Panie, daj mi pojąć wielkość
mojej odpowiedzialności.
Nie dopuść, bym była jej niewierna,
stając się chłodna, oschła albo niecierpliwa.
O Boże, Ponieważ Ty jesteś Jezusem cierpliwym,
racz być dla mnie także Jezusem pacjentem,
pobłażliwym dla moich uchybień.
Ty wiesz, że moją wolą jest kochać Cię
i służyć Ci w każdym z Twoich dzieci, które cierpią.
Panie Jezu, pomnóż moją wiarę
i błogosław moje wysiłki teraz i zawsze,
kiedy mnie będziesz potrzebował w chorych.
Amen.


                                                          Matka Teresa z Kalkuty
                                                                Dubois, s. 504

Czasem jest ciężko

 


 Na pewno pracując w ten sposób trzeba mieć wiele cierpliwości i zrozumienia dla drugiego człowieka, dla osoby, którą się opiekujemy. Jednak myślę , że nie możemy też na wszystko pozwalać, i czasem trzeba się odezwać. Dosyć trudno mnie zdenerwować czy wyprowadzić z równowagi, jednak tamtego dnia, dziadkowi się to udało.

Pamiętam, że miałem wtedy zawieść samochód dziadka do warsztatu aby zrobili mu przegląd. Aby później jakoś wrócić do domu musiałem jechać jeszcze z kimś , kto odwiózłby mnie do domu. Wnuk dziadka powiedział, że tego dnia przyjedzie o 11 , pojedziemy na dwa samochody i zostawimy samochód dziadka w warsztacie.

Z racji tego dziadek do samego rana był już podenerwowany. Już przy śniadaniu się dopytywał, o której przyjedzie jego wnuczek i jak to zrobimy, aby zawieść samochód do warsztatu . Wytłumaczyłem mu wszystko jak zamierzamy to zrobić, i po tym dziadek trochę się uspokoił. Myślałem że już będzie dobrze , jednak jak się później okazało- myliłem się . Po 10 poszedłem po ziemniaki i wchodzę do kuchni . Jak dziadek zobaczył, że trzymam ziemniaki w ręce na obiad pyta mnie .

   Co to ma być ? Co chcesz z tym robić ?

Mówię mu;

    Jak pan widzi są to ziemniaki na obiad . Przygotuje sobie już teraz wszystko, a jak wrócę to tylko nastawie je i szybko zrobić obiad. 

Na to dziadek zdenerwowany krzyczy do mnie;

    Dzisiaj nie będzie żadnego obiadu, bo nie będzie na to czasu . Przecież macie jechać zawieść samochód do warsztatu.

Odpowiedziałem;

    A co to za różnice robi, czy zjemy obiad trochę później czy nie ? Wiem że mamy jechać , dlatego też już teraz sobie wszystko chcę przygotować ,aby później szybciej obiad zrobić . Ale jeśli pan nie chce dzisiaj mieć obiadu to proszę bardzo , ale ja sobie i tak coś ugotuje.

Na to dziadek zdenerwowany wykrzyczał

    Tak , ty wiesz zawsze wszystko lepiej , chociaż ja mówię, że nie będzie czasu na obiad dzisiaj .

Nie chciałem już więcej wdawać się z nim w rozmowę i odpowiedziałem tylko;

    Tak , jeśli o to chodzi to wiem lepiej niż Pan że zdążymy, bo do warsztatu nie jest aż tak daleko .

Gdy to powiedziałem wyszedłem z kuchni i wyszedłem na zewnątrz.
W tej chwili przyjechał wnuk dziadka, z czego się bardzo ucieszyłem, i jak tylko wysiadł z samochodu powiedziałem do niego;

    Dobrze , że przyjechałeś dzisiaj trochę wcześniej, bo Twój dziadek już się strasznie denerwuje że nie zdążymy. Już na mnie z samego rana krzyczał jak przygotowywałem ziemniaki na obiad , że dzisiaj żadnego obiadu nie będzie , bo nie będzie na to czasu . 

Wnuczek dziadka wiedząc jaki on jest odpowiedział mi;

    Tak właśnie myślałem że on może się niecierpliwić , dlatego też przyjechałem wcześniej ze względu na obiad abyście zdążyli.  

Po tym pobiegłem szybko się przebrać , wziąłem moje dokumenty i po chwili pojechaliśmy do dwoma samochodami do warsztatu. Zostawiliśmy tam samochód dziadka i wróciliśmy do domu . Tak jak myślałem było jeszcze wcześnie ,więc mając wszystko przygotowane na obiad zaproponowałem wnuczkowi dziadka aby został i zjadł z nami . Ugotowałem dla nas trzech i zasiedliśmy do stołu. Gdy tylko zacząłem jeść dziadek zaczął być niemiły w stosunku do mnie. Znowu padały te same słowa , które słyszałem już wiele razy . Znowu mówił ,że jestem żarłokiem , że jak można tyle żreć , ile to razy muszę do toalety dziennie chodzić bo przecież wszystko co zjem, to musi być później wydalone itd.

Normalnie to by po mnie spływało, ale w obecności jego wnuka raczej nie było to zbyt miłe. No ale cóż zrobić , nie odzywałem się nic i nie wdawałem się z nim w rozmowę. Po obiedzie pozmywałem i posprzątałem w kuchni , wnuczek dziadka pojechał do domu a on sam się położył , po czym i ja poszedłem trochę odpocząć do siebie .

Po południu poszliśmy na spacer z dziadkiem, jak to ostatnimi czasy mamy w zwyczaju. Było zimno tego dnia więc nie chodziliśmy za długo bo zmarzliśmy trochę. Niedługo po powrocie do domu ktoś zadzwonił do drzwi. Poszedłem otworzyć i widzę, że przyszedł jego kolega . Kolejny dziadzio – starszy od niego bo ma już prawie 90 lat , jednak dość dobrze jeszcze się trzyma. Gdy dziadek go zobaczył powiedział mu już w progu, że nie ma dzisiaj czasu bo zaraz musi ze mną jechać do miasta . (oczywiście nigdzie się nie wybieraliśmy a on powiedział tak tylko po to aby się pozbyć niechcianego gościa) Ten gdy to usłyszał , przeprosił go za niezapowiedziane najście, i wręczył mu zaproszenie na swoje 90 urodziny. Chwilkę porozmawiali i jego kolega poszedł do swojego domu .

W tym czasie dziadek już był trochę podpity. Wiedząc że będzie dalej pił , poszedłem do siebie do pokoju i zadzwoniłem przez skypa do rodziców. Po pewnym czasie słyszę, że ktoś dzwoni do drzwi. Gdy otworzyłem drzwi zobaczyłem jego kolejnego kumpla. Tego jednak zaprosił do środka , bo z nim zawsze pił. Nastawiłem sobie wodę na herbatkę a jemu dałem piwo . W tym czasie też chwilkę z nim rozmawiałem , czekając aż zagotuje mi się woda ,i gdy zalazłem herbatę powiedziałem do niego;

    Przepraszam , że już idę ale właśnie rozmawiam z rodzicami przez komputer i czekają na mnie.

Wyszedłem z kuchni i poszedłem do siebie . Już po chwili słyszę jak dziadek w kuchni zaczyna narzekać na mnie i denerwować się z tego powodu, że poszedłem do siebie . Przeczuwając, że może się jeszcze bardziej zdenerwować zakończyłem rozmowę z rodzicami i już miałem schodzić na dół, gdy usłyszałem krzyk dziadka.

    Grzesiek . Masz natychmiast zejść na dół. Co ty tam robisz ? Teraz mamy gości i masz być tutaj . 

Nie spodobał mi się ten ton rozkazujący i te krzyki, więc schodząc zapytałem go;

    Ale dlaczego Pan na mnie znowu krzyczy ? Nie może pan normalnie powiedzieć ,czy chce pan pokazać że ma pan nade mną władzę i może się mnie wydzierać . 

Na to dziadek nie odpowiadając na moje pytania, wykrzyczał znowu to co wcześniej;

    Masz być tutaj na dole bo mamy gości!

W tym momencie się zdenerwowałem i powiedziałem mu ;

    Nie życzę sobie aby pan mnie w taki sposób traktował i krzyczał na mnie . Nie jestem pana sługą aby spełniać każdą pana zachciankę, i robić posłusznie wszystko to, co pan będzie chciał . No i to nie ja mam gości tylko pan, bo to jest pana kolega . I nie uważam abym zrobił coś złego, bo przeprosiłem Pana kolegę i powiedziałem mu, że idę do siebie bo rozmawiam z rodzicami . 

Jak dziadek to usłyszał to dopiero się zdenerwował i zaczął wykrzykiwać;

   Ty masz robić to co Ci każę, a jak Ci się nie podoba to możesz zaraz wracać do domu!

Chciałem coś powiedzieć gdy to usłyszałem, ale ugryzłem się w język , odwróciłem i poszedłem do swojego pokoju. Po tej wymianie zdań nie miałem ochoty z nim siedzieć . Usiadłem w pokoju i zacząłem prosić Boga aby, dał mi cierpliwość i abym się uspokoił.

Do kolacji nie schodziłem na dół i pozostałem w moim pokoju . Przed 18 zszedłem do kuchni i przygotowałem wszystko na kolacje . Nakryłem do stołu dla dziadka, a tabletkę jaką powinien wziąć po kolacji, położyłem mu na jego deseczce , na której zawsze je i poszedłem do siebie.

Przed 19 zszedłem do kuchni z zamiarem posprzątania po nim, i gdy zbierałem rzeczy ze stołu to podszedł do mnie i się pyta co z lekami. Powiedziałem mu, że położyłem tabletkę na jego dece, ale patrząc na stół zobaczyłem że jej nie wziął. Dałem mu ją więc do ręki powiedziałem, że to jest tak tabletka którą musi wziąć. Zjadł ja, a ja dokończyłem zmywanie i poszedłem do siebie zostawiając go samego.

Siedział tak do wieczora, aż zdecydował się położyć spać. Ok 23 wszedł na górę a ja ,tak jak zawsze już na niego czekałem. Pomogłem mu się rozebrać , nakremowałem i ubrałem w pidżamę . Gdy miałem już wychodzić z pokoju zapytał mnie .

    Grzesiek. Co jutro mamy w planach ? Co musimy zrobić ?

Odpowiedziałem;

    Raczej nie mamy żadnych konkretnych terminów ,ale wydaje mi się że potrzebujemy kilka rzeczy więc musimy jechać do miasta na zakupy. Ale jutro dopiero zobaczę dokładnie co potrzebujemy, bo teraz nie wiem za bardzo. Niech Pan nie zawraca już teraz sobie tym głowy, tylko kładzie się spać . Ja też już się kładę. Dobranoc.

Poszedłem do swojego pokoju i również położyłem się spać .

Kolejny dzień już był normalny , tak jakby nic się nie stało , jakby nic nie zostało powiedziane, jakby o wszystkim zapomniał . Jednak ja wiem, że on o tym pamiętał, tylko może przez ten czas, jak siedział tak sam przez tych kilka godzin, i w samotności jadł kolacje to zrozumiał, że zrobił źle . Jednak nawet jeśli tak było, to i tak on nigdy się do tego nie przyznał i nigdy mnie za to nie przeprosił. Taki to już był człowiek i do samego końca się nie zmienił...



PS. Jeżeli podobał Ci się ten post i myślisz że warto się nim jeszcze z  kimś podzielić, to zapraszam do udostępniania i polubienia mojej stron na FB.

https://www.facebook.com/Opieka-os%C3%B3b-starszych-1499674176983929/timeline/?ref=aymt_homepage_panel

Dzięki temu będziesz zawsze na bieżąco . No i oczywiście zapraszam do komentowania - zostaw jakiś ślad po sobie .

czwartek, 20 listopada 2014

Idź, i ty czyń podobnie !




 Chciałbym się z Wami podzielić tym, czego kiedyś doświadczyłem będąc jeszcze w zakonie. Doświadczenie to bardzo mnie dotknęło i skłoniło do refleksji nad ludzkim cierpieniem, nad naszą postawą w stosunku do niego.

  Do naszego klasztoru przychodziło wiele osób bezdomnych, aby dostać coś do jedzenia czy ciepłej herbaty do picia. Zawsze któryś z nas im to przygotowywał i dzięki temu mogliśmy ich poznać , zamieniając z nimi kilka słów. Tak więc ci ludzie nie byli nam obcy ani obojętni.

  Pewnego dnia wyszedłem na zakupy do sklepu, ale tak się jakoś złożyło, że byłem tam ok 30 minut za wcześnie. Czekając aż otworzą mi sklep, zobaczyłem właśnie jednego z tych bezdomnych, który wśród kolegów ma ksywę „słodki”. Podszedłem więc do niego i zaczęliśmy ze sobą rozmawiać.

  Ludzie przechodzili obok i tylko spoglądali na nas, może trochę zdziwieni, że jakiś młody człowiek (byłem bez habitu) rozmawia z bezdomnym. Gdy tak rozmawialiśmy, mój towarzysz dostał ataku padaczki. Upadł na ziemię, zaczął się trząść, a z jego ust zaczęła toczyć się piana.... Gdy to zobaczyłem to przestraszyłem się  kompletnie nie wiedziałem, co powinienem zrobić.

  W tym momencie część ludzi przystanęła i zaczęła się przyglądać, a inni po prostu przechodzili obok, jakby nic się nie działo.

  Zapytałem, czy może ktoś z tych ludzi ma telefon komórkowy, a jeśli tak , to niech zadzwoni po pogotowie. W odpowiedzi usłyszałem słowa ;

    „To nie ma sensu, bo i tak do niego nie przyjadą , oni już go znają”. 

Odpowiedziałem ;

    „To nie jest ważne czy go znają czy nie. Niech pan idzie i zadzwoni po pogotowie, bo to jest nasz obowiązek”.

Człowiek ten stał dalej i tylko się przyglądał, Więc powtórzyłem moją prośbę tym razem podnosząc nieco głos. Dopiero w tym momencie , poszedł on zadzwonić po pogotowie. Następnie zapytałem stojących tam ludzi;

   Czy może ktoś wie, co powinno się w takiej sytuacji zrobić, jak temu człowiekowi pomóc? 

Jeden mężczyzna , który tylko biernie przyglądał się całej tej sytuacji, powiedział ;

    „Jeśli chce pan mu pomóc, to powinien go pan obrócić na bok, aby się udławił swoją śliną”

Gdy to tylko usłyszałem, podszedłem do niego, obróciłem go na bok i w takiej pozycji go trzymałem. Zapach był okropny i pewnie jakbym zjadł coś na śniadanie, to zaraz bym to zwymiotował. Gdy tak trzymałem „słodkiego”, to jedna ze stojących obok kobiet powiedziała do mnie;

    „po co pan to robi? To przecież alkoholik i bezdomny, niech pan go tak zostawi , to nie ma sensu...”

  Gdy to usłyszałem, to w pierwszej chwili chciałem coś powiedzieć, ale ugryzłem się w język i nie skomentowałem tego. Po pewnym czasie „słodki” przestał już drgać, tak jakby wszystko minęło. Podniosłem go i pomogłem mu usiąść na murku. W tej chwili ludzie zaczęli się już rozchodzić a po pewnym czasie przyjechało pogotowie. Przyszło dwóch pielęgniarzy, którzy zabrali „słodkiego” do szpitala, mówiąc mi , że to już nie pierwszy raz zabierają go w takim stanie. Gdy zapewnili mnie, że zabiorą go do szpitala, wróciłem do klasztoru ciągle mając przed oczami zaistniałą sytuację.

  Jak widzicie, z całej tej historii możemy wyróżnić cztery grupy ludzi, którzy w odmienny sposób reagowali na to, co działo się z tym człowiekiem, gdy dostał ataku padaczki.

  Widzimy ludzi, którzy przechodzą obojętnie, tak jakby nic nie widzieli, jakby nic się nie działo.
Widzimy ludzi, którzy się zatrzymują i przyglądają temu wszystkiemu, jakby byli świadkami jakiegoś niecodziennego widowiska.
Widzimy także ludzi, którzy wiedzą, jak powinno się zachować w takiej sytuacji, ale sami nie chcą nic robić, ponieważ wolą się tylko przyglądać i czekać na finał całego zajścia. (człowiek, który powiedział mi, abym przewrócił „słodkiego” na bok).
W końcu widzimy ludzi, którzy wiedzą jak udzielić pomocy i tej pomocy udzielają, nie zważając na to, kim jest potrzebujący i jak wygląda. (dwóch mężczyzn z pogotowia).

  Myślę, że warto w tym miejscu odpowiedzieć sobie na pytanie, w której grupie ludzi ja bym się znalazł, gdybym był świadkiem takiego, czy podobnego zdarzenia?
Czy przeszedłbym obojętnie obok?
Przyglądał się temu , co się dzieje?
Czy może udzieliłbym pomocy, jeżeli bym potrafił?
Jaka byłaby moja reakcja ?

  Często boli nas to , co dzieje się na świecie. Boli nas to , że tak wielu ludzi doświadcza w swoim życiu jakiegoś cierpienia. Jeżeli to potrafimy zauważyć i współczuć tym ludziom, to znaczy, że jesteśmy już na dobrej drodze. Ale nasza postawa nie może ograniczać się tylko do współczucia. Jezus zostawił nam piękna przypowieść o dobrym Samarytaninie, która jasno i konkretnie mówi nam o tym, jaka powinna być nasza reakcja w konfrontacji z cierpieniem drugiego człowieka.

   „Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął.
Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go.
Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał.
Któryż z tych trzech okazał się według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?»
On odpowiedział: «Ten, który mu okazał miłosierdzie».
Jezus mu rzekł: Idź, i ty czyń podobnie”. (Łk 10, 30-37)

  Na końcu tej przypowieści Jezus stawia nas przed konkretnym zadaniem, gdy mówi; „Idź, i ty czyń podobnie”.  Te słowa są skierowane do wszystkich bez wyjątku, tak samo do mnie, jak i do Ciebie. Ale to już tylko ode mnie zależy, czy będę realizował te słowa w swoim codziennym życiu. Czy będę starał się okazywać drugiemu człowiekowi w potrzebie miłosierdzie i udzielać pomocy tak jak ten dobry Samarytanin. Jezus oczekuje od nas konkretnego działania i wypełniania tego „polecenia” na co dzień. Otwierajmy więc swoje serca na drugiego człowieka i nie bądźmy obojętni na to, co się dzieje wokół nas.

Nie możemy się zatrzymać tylko na współczuciu i nic nie robić, oczekując tylko tego, aby Bóg sam coś zrobił, tak jak człowiek z tej oto historii;

    Pewien człowiek przechodząc kiedyś przez miasto spotkał dziewczynkę w podartym ubraniu, która prosiła o jałmużnę. Powiedział on wtedy do Boga; „Panie, dlaczego pozwalasz na coś takiego? Proszę Cię, zrób coś!”. 
Wieczorem w wiadomościach zobaczył mordujących się ludzi, oczy konających dzieci i ich biedne wychudzone ciała. I znów zwrócił się do Boga; „Panie, zobacz ile biedy, ile cierpienia. Zrób coś!”.
Nocą, we śnie, człowiek ten usłyszał głos Pana , który mówił ; 

                                        „Zrobiłem już coś, STWORZYŁEM  CIEBIE”. 





PS. Jeżeli podobał Ci się ten post i myślisz że warto się nim jeszcze z  kimś podzielić, to zapraszam do udostępniania i polubienia mojej stron na FB. 

https://www.facebook.com/Opieka-os%C3%B3b-starszych-1499674176983929/timeline/?ref=aymt_homepage_panel 

Dzięki temu będziesz zawsze na bieżąco . No i oczywiście zapraszam do komentowania - zostaw jakiś ślad po sobie . 

Modlitwa. Za naszych chorych braci




Bądź, Panie, przy łożu wszystkich chorych świata,
tych, którzy teraz stracili świadomość
i mają już umrzeć, których konanie się rozpoczyna;
tych, którzy już utracili nadzieję wyzdrowienia;
tych, którzy krzyczą i płaczą w boleściach;
tych, których w biedzie nie stać na leczenie;
tych, którzy tak bardzo chcieliby chodzić,
a muszą pozostać w bezruchu;
tych, którzy powinni leżeć i odpoczywać,
a bieda zmusza ich do pracy;
tych, którzy daremnie szukają w łóżku
pozycji mniej bolesnej;
tych, którzy długie noce spędzają bezsennie;
tych, których męczą troski i zmartwienia
o rodzinę żyjącą w niedostatku;
tych, którzy muszą rezygnować
z najdroższych im planów na przyszłość;
tych zwłaszcza, którzy nie wierzą
w lepsze życie u Boga;
tych, którzy nie wiedzą,
że Jezus Chrystus, Syn Boży,
cierpiał jak oni i za nich,
i że umarł w cierpieniu....



                                            Fernand Lelotte SJ
                        Rabboni, Casterman, s.257-258

wtorek, 18 listopada 2014

Upadek i chwila zwątpienia...


  Po obiedzie dziadek powiedział mi, że chce się położyć na godzinkę czy dwie do łóżka. Chciał się zdrzemnąć, jak to miał w swoim zwyczaju . Wtedy jeszcze był w stanie sam  chodzić, (choć  był już dość słaby) więc postanowił położyć go w jego pokoju na piętrze . Nie mogąc być w dwóch miejscach naraz, aby go asekurować w czasie wchodzenia, i schodzenia po schodach stosuje taką zasadę. Wychodzę z założenia, że człowiek leci do tyłu – wchodząc do góry , lub do przodu – schodząc po schodach . Dlatego w zależności od tego, czy wchodziliśmy na górę, czy schodziliśmy na dół, byłem przed nim albo za nim. Wejście na piętro przebiegło bez większych problemów i tak jak dziadzio chciał – położyłem go spać aby odpoczął sobie po obiedzie . Sam w tym czasie poszedłem do mojego pokoju obok i coś tam sobie czytałem.

   Minął jakiś czas. Dziadek się obudził i zawołał mnie do siebie. Więc jak zazwyczaj poszedłem do niego , pomogłem mu się ubrać, wstać z łóżka i udaliśmy się w drogę na dół. Przed schodami jak zawsze wyprzedziłem dziadka aby być przed nim, i ewentualnie go złapać jakby leciał do przodu . Niestety tym razem stało się coś zupełnie innego. Będąc przed nim w czasie schodzenia po schodach, dziadek poleciał do tyłu . Oczywiście próbowałem go złapać, jednak będąc z przodu nie za wiele mogłem zdziałać (jedynie tyle co trochę zamortyzowałem jego upadek w ten sposób, że dziadek niejako usiadł na schodach ). Niestety zaraz potem poleciał do tyłu, i nieszczęśliwi rozciął sobie głowę o kant szafy, jaka stała na przedpokoju .

   W jednym momencie zaczął krwawić . Podniosłem go szybko i zaprowadziłem s powrotem do pokoju. Wziąłem gazę i przyłożyłem mu ją do rany mówiąc;

   „Niech pan to tak trzyma i dociska do rany aby zatamować krwawienie”. 

   Po chwili pobiegłem do telefonu i zadzwoniłem po karetkę.
Byłem roztrzęsiony i wystraszony całą tą sytuacją . Poszedłem do dziadka zobaczyć jak się czuje . On siedział spokojnie, tak jak go posadziłem, i trzymał tą gazę przy ranie .Chcąc sprawdzić czy jeszcze sobie czegoś nie zrobił, zapytałem go;

   Ja.„Boli pana coś jeszcze, czy tylko ta głowa”?

   On„Poza głową nic więcej mnie nie boli. Umiem dobrze upadać”

   JaZadzwoniłem już po karetkę. Zaraz przyjedzie i zajmą się tą pana głową. Niech pan się nie martwi, wszystko będzie dobrze”.

   Dom dziadka znajdował się na końcu ulicy, więc zdecydowałem się wyjść na zewnątrz i tam wypatrywałem karetki . Nie minęło 5 minut i karetka stała już pod naszym domem. Powiedziałem sanitariuszom co się stało, i zaprowadziłem ich na górę do pokoju, w którym siedział dziadek .

Oczyścili mu delikatnie ranę i stwierdzili, że jest na tyle duża i głęboka, że trzeba będzie ją zaszyć . Chcieli zabrać dziadka do szpitala, aby lekarz mógł mu tą ranę zaszyć. Jednak ja wiedziałem, że to nie byłoby takie proste, ponieważ dziadek miał paniczny strach przed karetkami . Krótko przed tym wypadkiem wrócił ze szpitala, i widziałem jak trudna była dla niego podróż karetką. Kilku sanitariuszy musiało go trzymać, a on prawie całą drogę krzyczał i się wyrywał . Dlatego zapytałem sanitariusza;

    Ja. „Nie można tego jakoś inaczej załatwić? Musi dziadek już teraz koniecznie jechać do szpitala karetką? On bardzo się boi , gdy się go zamyka w karetce. Więc wolałbym mu tego zaoszczędzić , jeśli jest taka możliwość”.

   On. „No dobrze. Jeszcze jakiś czas może on tak zostać z tym opatrunkiem, jaki zrobiłem. Ale jeszcze dzisiaj, ta rana musi być zszyta. Możesz jechać do szpitala albo do swojego lekarza, jeśli jeszcze zdążysz”.

   Ja. Zaraz zadzwonię do syna dziadka i on zawiezie go do lekarza swoim samochodem. Na pewno będzie to lepsze dla dziadka i zaoszczędzi mu wiele strachu”.

   Tak jak powiedziałem , tak też zrobiłem . Poszedłem do telefonu i zadzwoniłem do syna dziadka mówiąc mu co się stało. Powiedziałem, że dziadek się przewrócił i rozbił sobie głowę , że wezwałem karetkę a sanitariusze chcieli go zabrać karetką do szpitala. Jednak przekonałem ich, że lepiej będzie jak on przyjedzie, i samochodem zabierze ojca do lekarza, bo trzeba jak najszybciej pozszywać tą ranę. Po krótkim czasie syn dziadka przyjechał, i we trójkę pojechaliśmy do lekarza . Na miejscu lekarz pozszywał dziadkowi tą ranę (założył mu 5 szwów ) i wróciliśmy do domu.

   Przez cały ten czas robiłem sobie wyrzuty, że może mogłem temu zapobiec , gdybym nie stał na tych schodach przed nim tylko z tyłu. Może wtedy bym bez problemu go złapał, i nic by się nie stało… Myślałem, że może to nie jest praca dla mnie, bo przecież nie byłem w stanie zapobiec temu, aby dziadek nie rozciął sobie głowy.  Przecież moim obowiązkiem jest go pilnować, i uważać na niego aby nic sobie nie zrobił …

   W tym momencie, gdy tak biłem się z myślami, syn dziadka odezwał się do mnie i powiedział ;

   „Dobrze Grzesiek, że byłeś na miejscu i zareagowałeś w ten sposób. Bo gdyby Cię nie było, a tato by tak upadł i rozciął sobie głowę, to by mogło się źle skończyć. On sam nie byłby w stanie zdzwonić po mnie czy po karetkę, i wezwać pomocy . Dlatego Ci dziękuję.” 

   Gdy to usłyszałem zdałem sobie sprawę z tego, że on faktycznie ma racje, i że najprawdopodobniej tak by się to mogło skończyć, gdyby mnie przy nim nie było . Zrozumiałem wtedy, że nawet jeśli człowiek się jak najbardziej stara i pilnuje podopiecznego, to nie zawsze uda się zapobiec temu, aby nic się nie stało . Jednak gdy już dojdzie do jakiegoś wypadku, ważne jest aby szybko i właściwie zareagować, bo właśnie po to jesteśmy przy tych osobach .




PS. Jeżeli podobał Ci się ten post i myślisz że warto się nim jeszcze z  kimś podzielić, to zapraszam do udostępniania i polubienia mojej stron na FB.

https://www.facebook.com/Opieka-os%C3%B3b-starszych-1499674176983929/timeline/?ref=aymt_homepage_panel

Dzięki temu będziesz zawsze na bieżąco . No i oczywiście zapraszam do komentowania - zostaw jakiś ślad po sobie .

czwartek, 13 listopada 2014

Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.



   Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów.
Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: "Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!
Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić;
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;
byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;
byłem chory, a odwiedziliście Mnie;
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie".
Wówczas zapytają sprawiedliwi: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?" A Król im odpowie: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili".  (Mt 25. 31-40)


   Myślę że te słowa z Ewangelii św. Mateusza w najlepszy sposób oddają sens tej pracy.

                             Pracy która jest służbą drugiemu człowiekowi. 

   Jezus mówi nam , że jest obecny w każdym człowieku, także w ludziach cierpiących .
Dzięki tej pracy , mam możliwość każdego dnia czynić coś dobrego i służyć drugiemu człowiekowi. Zawsze ważnym było dla mnie to , aby pomagać innym , aby dawać coś z siebie , aby nieść innym pomoc . Jest to dla mnie praca , która choć czasem jest ciężka, to daje mi satysfakcje i spełnienie.
Nie wyobrażam sobie pracować przy jakiejś bezdusznej maszynie , wykonując przez 8h dziennie tą samą czynność . To nie byłoby dla mnie .

   Na pewno miałbym wtedy więcej czasu dla siebie, prawdopodobnie więcej pieniędzy, mógłbym częściej spotykać się ze znajomymi, gdzieś wyjść czy w jakiś inny sposób się realizować . Jednak czy odnalazłbym się w tym wszystkim, i czy inne zajęcie dawałoby mi tak wiele?

   Myślę że w każdej pracy są jakieś plusy i minusy.

   Wiadomo , nie jest czasami łatwo gdy trzeba po kimś sprzątać , myć , być na każde zawołanie. Ludzie są różni i różnie nas też traktują . Można trafić do rodziny, która będzie nas traktować jak syna czy córkę. Gdzie będzie dobra  atmosfera i sami też będziemy się dobrze czuć, a praca będzie przyjemniejsza.
Ale może też być odwrotnie . Możemy trafić do rodziny, która będzie nas traktować jak służącego, który ma  wykonywać każde polecenie. Gdzie będziemy źle traktowani lub czasem i poniżani czy wyzywani.

   To wszystko zależy od tego , na jakiego człowieka się trafi . Każdy jest inny , każdy ma inną historię życia i bagaż doświadczeń. No i nie zapominajmy o tym , że są to osoby chore, które często  sobie z tym wszystkim nie radzą.  Samo to , że są zdani na naszą pomoc , że nie potrafią sami wykonać często najprostszych czynności, nie jest łatwe do zaakceptowania. Nie każdy potrafi przyjąć pomoc i pogodzić się z takim, a nie innym stanem rzeczy.

   Dlatego myślę , że warto też o tym pamiętać w trudnych chwilach , gdy mamy do czynienia z osobą, która źle nas traktuje. Może wtedy łatwiej nam będzie pracować i pomagać tej osobie mając to na uwadze.

   Ja do tej pory tylko raz opiekowałem się dziadkiem (byłem u niego rok czasu), który był w stosunku co do mnie nie miły.
Z jego ust usłyszałem wiele złego pod moim adresem. Często się zastanawiałem nad tym ,dlaczego on jest taki a nie inny. Wiecznie niezadowolony, wszystko go denerwowało , tak jakby każdego dnia wstawał lewą nogą i tylko szukał czegoś, aby się na mnie wyżyć .
Jednak cokolwiek bym nie robił , i jak bardzo się nie starał, to zawsze coś robiłem źle.
Gdy rozmawiałem z jego synem i mówiłem mu o tym , co dziadka zdenerwowało i jak się do mnie odnosił , to powiedział mi ;

   „Ale Grzegorz , tego nie musisz mi mówić . Ja go już znam ponad 50 lat i zawsze było tak samo. Wiecznie był niezadowolony i szukał czegoś aby ponarzekać. On już zawsze taki był i raczej to już się nie zmieni” 

   Po rozmowie z nim dotarło do mnie, że nie jestem w stanie tego zmienić , nawet jeśli bardzo bym chciał . Mogłem jedynie nie brać do siebie jego słów i nie przejmować się tym. Zaakceptowałem go takim , jakim był, i od tego czasu łatwiej mi się pracowało.

   Dlatego uważam , że warto również rozmawiać z rodziną o podopiecznym. Poznać w jakiś sposób jego historie życia , to jakim był kiedyś , co robił , jakim był ojcem czy matką . Wtedy może też będzie łatwiej nam zrozumieć jego/jej postępowanie . I nie wolno nam zapomnieć o tym , że starsi ludzie którymi się opiekujemy, w dzieciństwie czy w młodości często przechodzili przez piekło.
A to co widzieli , czego doświadczyli potrafi bardzo zmienić człowieka.

   Dlatego bądźmy cierpliwi i wyrozumiali dla osób , które zostały oddane nam pod opiekę.
Pomagajmy im, bądźmy przy nich gdy nas potrzebują, i spróbujmy dostrzec w nich cierpiącego Boga. Ja właśnie w taki sposób do tego podchodzę, i mi osobiście bardzo to pomaga w trudnych chwilach.



PS. Jeżeli podobał Ci się ten post i myślisz że warto się nim jeszcze z  kimś podzielić, to zapraszam do udostępniania i polubienia mojej stron na FB.

https://www.facebook.com/Opieka-os%C3%B3b-starszych-1499674176983929/timeline/?ref=aymt_homepage_panel

Dzięki temu będziesz zawsze na bieżąco . No i oczywiście zapraszam do komentowania - zostaw jakiś ślad po sobie .

środa, 12 listopada 2014

Polak polakowi rzuca kłody pod nogi




  Często słyszy się powiedzenie, że za granicą polak polakowi rzuca kłody pod nogi . Mówi się często, że prędzej obcy Ci pomoże niż polak, bo ten jeszcze Cię wykorzysta czy oszuka.

Czy zgadzacie się z tym ?
Czy takie właśnie macie doświadczenia ?

   Ja odkąd pracuje te 5 lat w Niemczech nigdy się z czymś takim nie spotkałem . Wręcz przeciwnie, mam wiele pozytywnych doświadczeń z tym związanych .

   Poznałem kiedyś polkę , która również opiekowała się tutaj takim dziadkiem . Nie miała tutaj swojego samochodu tak jak ja, więc gdy potrzebowała gdzieś jechać to często prosiła mnie o pomoc. Jeżeli miałem taką możliwość i dziadek się zgodził, to zawsze chętnie jej pomagałem i wiozłem , tam gdzie chciała. Nie znała też za dobrze niemieckiego, więc często przychodziła do mnie z różnymi papierami abym jej je przetłumaczył i powiedział o co w tym chodzi . Jeździła dosyć często do Polski i zawsze pytała mnie, czy czegoś nie potrzebuję bo mogłaby mi przywieść. Oczywiście nic nie chciałem , jednak za każdym razem gdy przyjeżdżała to miała ze sobą jakąś polską wędlinę czy piwko dla mnie i dla dziadka :)

Innym przykładem jest Piotr i Gosia :)

   Gdy przyjechałem do dziadka , był on jeszcze w miarę sprawny. Pomimo tego, że miał 89 lat potrafił jeszcze sam chodzić i mogłem go zostawić samego na 2h dziennie. W tym czasie jeździłem sobie na siłownie, gdzie poznałem Piotra.
Z racji tego , że byliśmy tam jedynymi polakami to szybko się zgadaliśmy i nawiązaliśmy wspólne relacje. Z czasem odwiedziłem go w jego domu, gdzie poznałem jego żonę i dzieci . Również i oni odwiedzili mnie kiedyś u dziadka, co do dzisiaj miło wspominam.

   Gdy kupowałem tutaj samochód to Piotr ze mną jeździł po komisach . On również 2 lata później wymieniał mi klocki i tarcze hamulcowe w samochodzie gdy tego potrzebowałem. Gdy miałem z czymś problem, to zawsze mogłem się zwrócić do nich o pomoc.

   Tak też było pewnego razu gdy potrzebowałem pożyczyć pieniądze. Pierwszy raz mi się zdarzyła taka sytuacja , ponieważ moja była dziewczyna w jakiś dziwny sposób zapomniała zapłacić kilku rat kredytu jaki miała. Przyszło jej więc do domu pismo, że ma w ciągu 5 dni zapłacić całość. Jeżeli tego nie zrobi, to sprawa pójdzie do komornika. Nie miałem wtedy aż tyle , aby sobie tak po prostu wypłacić z konta i jej to zapłacić , więc zmuszony byłem pożyczyć brakującą część .

   Zawsze było tak , że gdy ktoś potrzebował abym mu pożyczył pieniądze, to nie widziałem w tym problemu i często to robiłem. Pracując nie potrzebowałem nie wiadomo ile, bo przecież tutaj prawie nic nie wydaje. Wtedy jednak byłem już prawie 10 miesięcy w Polsce, nie pracowałem tylko wydawałem. Więc pomyślałem , że teraz będzie dobry moment aby mi oddali pożyczone pieniądze. Zadzwoniłem do jednej , drugiej , trzeciej osoby i ciągle słyszałem …

   „Sory ale teraz nie mam , gdybyś wcześniej dał znać to może bym coś załatwił , spłukałem się bo kupiłem samochód itd”. 

No nic , pomyślałem . Skoro nie masz to nie , nic przecież na to nie poradzę. Zacząłem więc sam dzwonić do osób , po których spodziewałem się , że będą w stanie mi pomóc. Niestety w tym momencie się bardzo rozczarowałem, spotykając się za każdym razem z odmową. Gdy kończyły mi się już powoi możliwości , do kogo mógłbym jeszcze zdzwonić, to przypomniał mi się Piotr. Zadzwoniłem do niego i zapytałem czy może mi pożyczyć pieniądze. Odpowiedział że niestety był teraz na urlopie i teraz sam cienko stoi z kasą . Powiedziałem że rozumiem więc nie ma problemu , że tylko chciałem zapytać . Odłożyłem telefon i usiadłem . Po kilku min dzwoni Piotr do mnie . Obieram a i słyszę

   „Ja nie mam tak jak Ci mówiłem , ale Gosia ma i powiedziała że Ci pożyczy” 

   Nie wyobrażacie sobie , jak wielkim było moje zaskoczenie . Osoby które znałem bardzo dobrze nie były w stanie mi pomóc. Ludzie którzy byli mi winni pieniądze, nie byli w stanie mi och oddać. Natomiast Gosia , która była w Niemczech mi pomogła. I nie miało to dla niej znaczenia , że jestem w Polsce a ona w Niemczech. Ona po prostu zaufała, uwierzyła i pomogła.

   Jak widzicie sami , nie zawsze tak jest, że Polacy nie pomagają sobie nawzajem za granicą. Wszystko zależy od danego człowieka, jakim jest , co dla niego jest ważne i jakie ma serce.
Wiem, że gdyby nie ta praca , to nigdy nie byłbym w stanie poznać wielu wspaniałych ludzi , jakich Bóg postawił na mojej drodze życia . I za to właśnie, jestem bardzo wdzięczny .



PS. Jeżeli podobał Ci się ten post i myślisz że warto się nim jeszcze z  kimś podzielić, to zapraszam do udostępniania i polubienia mojej stron na FB.

https://www.facebook.com/Opieka-os%C3%B3b-starszych-1499674176983929/timeline/?ref=aymt_homepage_panel

Dzięki temu będziesz zawsze na bieżąco . No i oczywiście zapraszam do komentowania - zostaw jakiś ślad po sobie .