Tak jak pierwszy dziadek nie bał się śmierci, tak drugi odczuwał przed nią lęk. Z powodu swoich chorób miał on halucynacje , które dodatkowo potęgowały strach przed śmiercią. Te ostatnie prawie 3 tygodnie zanim Bóg wezwał go do siebie, z pewnością nie były dla niego łatwe.
Pamiętam jak pewnego dnia, gdy siedzieliśmy razem przy stole po obiedzie, tak jakby w pewnym momencie wybuchł i zaczął mówić do mnie …
Gdzie jest Jezus?
Dlaczego Go nie ma gdy Go potrzebuję?
Dlaczego mnie zostawił i jestem sam ? Przecież ja zawsze pomagałem innym.
Dlaczego jestem sam ?
Te i tym podobne pytania zadawał mi na okrągło. Starałem się mu to jakoś wytłumaczyć i mówiłem mu;
Nie jest Pan sam. Widzi Pan przecież, że jestem cały czas przy Panu i będę z Panem do końca. I tak samo Jezus też Pana nigdy nie zostawił i nie zostawi, tylko czasem nam się tak wydaje, że Go nie ma przy nas. Zawsze Pan wiele pomagał ludziom i wszelakim organizacjom charytatywnym, a to u Boga się bardzo liczy. Dzięki swoim wsparciu finansowym, tak wielu projektów, pomógł Pan na pewno nie jednej osobie. U Boga to na pewno gdzieś jest zapisane..
W taki sposób starałem się go uspokoić, jednak moje słowa niewiele mu pomagały, tak jakby już wtedy nie docierały do niego. Zadzwoniłem więc do jego siostrzeńca (Dziadek nie miał dzieci, więc on prawnie się nim opiekował) i dopiero on potrafił w rozmowie go trochę uspokoić .
Później było kilka dni spokoju, kiedy dziadek nie mówił już więcej nic o Bogu. Po tym czasie nastał dzień, który zaczął się jak każdy inny. Wstałem rano, przygotowałem śniadanie, ubrałem i sprowadziłem dziadka na dół, nakarmiłem, później przyjechał pracownik Pflege dienst , podał mu leki i do obiadu dziadek był spokojny. Dopiero wieczorem po wspólnej kawie, gdy go położyłem i jakiś czas już leżał zaczął w pewnym momencie krzyczeć. Pamiętam, że zaczął tak głośno krzyczeć, że prawie nie dało się tego wytrzymać. Jednak nie był to krzyk bólu, ale bardziej coś jakby chciał kogoś odstraszyć . Nie potrafił się uspokoić, a ja tak naprawdę nie wiedziałem co mam zrobić, bo gdy zapytałem go ;
Dlaczego Pan tak krzyczy ?
Co się takiego stało ?
Czy coś pana boli ?
W odpowiedzi usłyszałem słowa ciągle jeszcze przeplatane krzykiem;
Szatan tu jest….
Gdy to usłyszałem to doszedłem do wniosku, że jedyne co mogę w takiej sytuacji zrobić to pomóc mu zasnąć i go uspokoić za pomocą leków. Miałem już wtedy od lekarza takie tabletki, które go uspokajały i pozwalały zasnąć. Nie zastanawiając się długo wziąłem połowę tej tabletki i włożyłem mu w usta. Nie musiał nawet jej połykać, bo ona była tak jakby opłatek , który bardzo szybko rozpływał się w ustach. Po nie długim czasie zaczęła działać a dziadek przestał krzyczeć i zasnął.
Przez te kilka dni dziadek już bardzo mało jadł i nie chciał pić . Pamiętam, że musiałem pisać na kartach dokładną ilość płynów jakie wypił każdego dnia. Jeśli nie wypił w danym dniu odpowiedniej ilości, to wtedy wieczorem przyjeżdżała siostra i podłączała mu kroplówkę.
Kolejnego dnia był już tak słaby, że nie był w stanie ustać na nogach, dlatego postanowiłem go zostawić w łóżku. Po rozmowie z rodziną i Pflege dienst zdecydowaliśmy się wezwać pielęgniarkę, która współpracowała z zespołem lekarzy opieki paliatywnej. Gdy przyjechała i zobaczyły w jakim stanie jest dziadek poprosiła mnie o telefon i zaczęła dzwonić. Po skończonej rozmowie powiedziała mi, że niedługo przyjedzie ktoś z tego zespołu opieki paliatywnej do dziadka. Usiadłem więc koło niego na łóżku i czekałem. Po nie długim czasie przyjechała Pani doktor. Pamiętam, że gdy go zobaczyła, zapoznała się z historią jego choroby i nie czekając długo zaczęła działać. Nakleiła mu taki plaster, który cały czas uwalniał do jego organizmu niewielką ilość morfiny, a kolejną dawkę wstrzyknęła mu na miejscu domięśniowo. Jak dziadek to dostał, to w momencie zasnął. Pamiętam, że wtedy dziadek spał już spokojnie do następnego dnia.
Tego też dnia po południu przyjechało dwóch lekarzy. Zobaczyli w jakim stanie jest dziadek, porozmawiali ze mną i poinstruowali mnie co mam robić ,gdy będzie krzyczał, czy będzie niespokojny. Przygotowali mi 5 dawek morfiny w strzykawkach i kilka dawek takiego leku, który „zabierał mu strach” i uspokajał go. Dodatkowo (tak jak wcześniej mogłem mu dać dziennie do 1,5 tej tabletki takiej jak opłatek) teraz mogłem dać mu jeszcze max do 5 takich tabletek dziennie.
I tak wyglądała moja praca przez te ostatnie ponad 2 tygodnie ,gdy dziadzio umierał. Gdy cierpiał to wstrzykiwałem mu morfinę, wieczorami przyjeżdżała pielęgniarka i podłączała mu kroplówkę, a ja czekałem aby mu ją odłączyć. Cały czas przez te dni kiedy dziadek już tylko leżał w łóżku, co 3 godziny go przewracałem na drugi bok. Musiałem to robić w dzień i w nocy, co też było dla mnie nowe, bo nie miałem takiego przypadku nigdy wcześniej. Jednak było to konieczne, aby nie porobiły mu się odleżyny. Któregoś dnia siostra gdy była u nas powiedziała mi;
Nie musisz Grzegorz tak często go przewracać. Dlaczego tak się męczysz? Przynajmniej w nocy możesz zrobić dłuższe odstępy czasu , bo jak mają mu się zrobić odleżyny to i tak mu się zrobią i nic na to nie poradzisz.
Powiedziałem jej wtedy;
Ma siostra racje, że nie jest to dla mnie łatwe co 3 godziny wstawać w dzień i w nocy, aby dziadka przewrócić na inny bok. Jednak pomimo tego, że jest mi trudno to będę to nadal robił. Jeśli tylko w ten sposób będę mógł zapobiec temu ,aby mu się nie zrobiły odleżyny i aby dziadek nie musiał dodatkowo jeszcze cierpieć – to będę nadal wstawał. Tak naprawdę, to jest już teraz prawie jedyna rzecz jaką mogę jeszcze dla niego zrobić. Jak siostra wie, dziadek od jakiegoś czasu już nic nie je i nie pije , tylko leży. Nie mogę dla niego gotować, nie mogę wyjść z nim na spacer, nie mogę z nim w coś zagrać czy porozmawiać. Jedyne co mogę dla niego w tym momencie zrobić to przewracać go, zmieniać mu pampersy, nawilżać usta ,aby nie miał uczucia pragnienia i uważać ,aby nie zrobiły mu się te właśnie odleżyny. Dlatego pomimo tego trudu będę robił to nadal. Chociaż tyle mogę dla niego jeszcze zrobić.
I tak też było do samego końca. Pamiętam, że w te ostatnie dni miałem przeczucie, że to może już nie potrwać długo. Dlatego zadzwoniłem do siostrzeńca dziadka i powiedziałem, jak to wszystko wygląda z jego wujkiem i że może warto by było aby przyjechał go odwiedzić zanim będzie za późno, bo dawno go nie było. Posłuchał mojej rady i przyjechał. Obiad zjedliśmy razem, potem nawilżyłem dziadkowi jeszcze usta, przewróciłem na drugi bok i powiedziałem do niego;
Teraz mam 3 godziny zanim znowu będę musiał przewrócić dziadka, więc jak już jesteś to zostawiam was razem a sam kładę się spać. Gdyby coś się jednak działo to jestem w pokoju obok i możesz mnie w każdej chwili zawołać.
Tak jak powiedziałem tak też zrobiłem i poszedłem się położyć. Słyszałem, że mówił do niego, opowiadał mu o czymś a po chwili zasnąłem. To częste wstawanie dało mi się już we znaki i nie potrzebowałem wiele czasu aby zasnąć. Jednak nie pospałem zbyt długo , ponieważ wybudziło mnie ze snu głośne wołanie.
Wujku, wujku… Słyszysz mnie ?
Pomyślałem, że coś się pewnie stało. Szybko więc wstałem i poszedłem do pokoju, w którym leżał dziadek i pytam siostrzeńca;
Co się takiego stało ?
A on na to ;
Wujek chyba już nie oddycha, chyba właśnie zmarł.
Podszedłem do niego , nachyliłem się nad nim i już po chwili wiedziałem, że miał on rację . Dziadzio zmarł.
Popatrzyłem na zegarek. Było parę minut po 15. Wieczorem zadzwoniłem do moich rodziców, aby im powiedzieć o tym, że dziadek zmarł. Gdy moja mama to usłyszała to powiedziała mi, że jak już od kilku dni, także i dzisiaj o 15 modliła się za niego koronką do Bożego Miłosierdzia. Gdy usłyszała że zmarł kilka minut po 15, w tym samym czasie w którym się modliła za niego, powiedziała;
Bóg zabrał go do siebie w godzinie miłosierdzia, to pewnie już teraz jest szczęśliwy w Niebie.
Wierzę że tak właśnie się stało i sam modle się też o to, aby mógł on oglądać Boga twarzą w twarz.
W religii utarło się powiedzenie – Memento Mori – pamiętaj o śmierci. Gdy się nad tym zastanawiam to rozumiem te słowa jako świadome życie i przygotowanie się na śmierć. Nie wiem jaki rodzaj śmierci mnie spotka , w jaki sposób odejdę z tego świata? Nie wiem, czy nie zginę w jakimś wypadku, na zawał serca, ze starości, czy może w jakiś jeszcze inny sposób. Odpowiedź na te pytania zna tylko Bóg. Jedyne co mogę zrobić, to starać się przeżyć jak najlepiej każdy nowy dzień i modlić się o dobrą śmierć. Dlatego też każdą moją wieczorną modlitwę kończę słowami z komplety;
Noc spokojną
i śmierć szczęśliwą niech nam da Bóg wszechmogący,
Ojciec i Syn, i Duch Święty.
Amen
PS. Jeżeli podobał Ci się ten post i myślisz że warto się nim jeszcze z kimś podzielić, to zapraszam do udostępniania i polubienia mojej stron na FB. Link do niej znajdziesz w prawym , górnym rogu bloga .

Właśnie siedzę przed monitorem pełna łez... nawet nie wiem co mam napisać.
OdpowiedzUsuńMyślę , że w tym przypadku to w zupełności wystarczy i nic więcej nie trzeba dodawać Kamilo
Usuń